Pogoda rowerowi nie straszna. Czyli jak to jest jeździć w basenie.
08:22, 02 września 2010 roku
| NotkaDziś historia z życia wzięta, oparta na faktach wręcz nadto autentycznych. A właściwie.. to “wczoraj”, bo zdarzyło się to wczoraj.
Pracuję trzy kilometry od miejsca w którym mieszkam. Przejście tego dystansu zajmuje mi od 24 do 32 minut. W zależności od nastroju, pogody, siły, chęci i innych pierdół które składają się na dany dzień. Na wczorajszy dzień składał się głównie deszcz. Zresztą, szum wody spadającej z nieba towarzyszy nam ostatnio odkąd obudzimy się rano, do późnych godzin wieczorno-nocnych gdy w końcu zasypiamy. To, że leje, każdy widzi. A to, że niweluje to naszą chęć na wyściubianie nosa za drzwi chyba każdy czuje.
Tak więc wczorajszego poranka otworzyłem oczy, podniosłem się z wyra i zobaczyłem za oknem.. Szaro, Buro i Ponuro w gościnnych występach. Innymi trzema słowy “siąpi jak cholera”. You know the drill.
Rozleniwiony tym cudownym widokiem stwierdziłem, że pojadę do pracy taksówką. Tak, w takie dni mogę robić za “burżuja”.
Zadzwoniłem po taksówkę, oporządziłem się, wsiadłem do taksówki.. po 20 minutach i 300 przejechanych metrach podziękowałem taksówkarzowi i wróciłem do domu. Co tu robić, co tu robić. Pora była już późna, już się spóźniłem, dokładać do tego pól godziny na dojście do pracy – ouch. Stwierdziłem więc, że, aby nie przedłużać spóźnienia niebotycznie, zaoszczędzę czas pedałując na rowerze. Póki słońce świeciło póty na owym popylałem prawię codziennie, bo jednak wolę jechać 8-10 minut – zawsze można pospać sobie kwadrans dłużej. A kwadrans to dużo czasu. Szczególnie rano.
Tak czy siak, wszedłem do mieszkania, patrze za okno – objawienie! Nie pada. No to szybko kurtka na plecy, szalik, rękawiczki, rower, winda, schody, drzwi.. leje. Stwierdziłem “pierdziele”, uzbroiłem się, opatuliłem, włączyłem oświetlenie rowerowe, odblaski założyłem i długa. Czy pisałem już, że rower nie ma błotników? Ale nie takie rzeczy się robiło. Co prawda czułem się, jak bym jechał w basenie – ciekawe uczucie muszę powiedzieć – ale co tam, w pracy kurtka na wieszak, bluza na wieszak, gorąca herbatka, zmienić spodnie.. zaraz.. czy ja wziąłem spodnie? Nope. Super. Za późno było, by wracać się i po nie. Gdybym wrócił to bym już nie wyszedł, nie ma bata. W końcu co za dużo to niezdrowo – uznałbym to za znak z góry ( albo skądś ) i podziękował za dalsze namaczanie się. Jak już wolę to robić w wannie – gdzie jest _CIEPŁO_.
Dojechałem do biura. Kurtka na wieszak, bluza na wieszak, gorąca herbatka, włosy wysuszyć. No, i tia.. fajnie się pracowało w mokrych spodniach.. ;-)
Nie zmienia to faktu, że mam silne postanowienie dalej jeździć do pracy na rowerze. Nawet mimo tego, że tylko wczoraj próbowało zabić mnie koło trzech osób. Na drodze. Bo na rowerzyście łatwo pierwszeństwo wymusić.
Ba, zamierzam jeździć na rowerze w zimie. A jako, że aktualnie kończy się rowerowy sezon to zamierzam również zakupić sobie rower, bo póki co jeżdżę na pożyczonym. Taki będę.
Morał z tego taki, żeby nie dawać się przyrodzie i pogodzie. Że kwadrans to dużo czasu, szczególnie rano. Że jeżdżenie w deszczu nie jest takie złe na jakie wygląda ( gdy ma się spodnie na zmianę ). No i te całe błotniki – słyszałem, że całkiem spoko wynalazek.
No i ok, wracałem z rowerem w bagażniku samochodu kumpla.. ale to to ciiiiiii.. ;-)
Dopisz się do RSS 2.0.
Możesz skomentować, albo trackbackować z Twojej strony WWW.
Post a Comment