DB2 V9.x i PHP – co mi da ich mariaż?

02:10, 19 czerwca 2010 roku

| Notka, Opinie, Praca

Dobrych kilka lat temu usłyszałem o powstaniu hybrydowych baz danych. Hybrydowe w poprzednim zdaniu oznacza łączące silniki relacyjne z hierarchicznymi. Z moich informacji, z tego co wiem, wynika, że póki co połączenie XMLa (bo to zazwyczaj jest implementacją hierarchiczności) z relacyjnością zostało dodane w takich bazach jak Oracle czy IBM DB2.

Od tamtego czasu sporo się w bazach namieszało, Oracle przejęło MySQLa, Facebook zrobił własną bazę danych, która aktualnie jest pod opieką fundacji Apache i zwie się Cassandra (zresztą, to co zrobił Facebook z PHPem zasługuje na osobny wpis). Przyszłość bazowa może być bardzo ciekawa :-)

Ale skupmy się na temacie mariażu DB2 z PHP.

Po co?

XHTML to XML. Ten prosty fakt sprowadza się do tego, że możemy zapisywać gotowe kawałki kodu XML w bazie danych w polach XML – wyciągać odpowiednie kawałki, składać ze sobą i “wypluwać” stronę. Proste, ale od czegoś trzeba zacząć.

XML nadaje się świetnie do składowania różnych płynnych danych – jako, że nie narzuca nam z góry formy w której musimy je przechowywać (możemy sami sobie je narzucić poprzez DTD lub XML Schema). W przypadku chęci posiadania wielu adresów klienta, czy wielu numerów telefonu jednej osoby – XML jest lepszą alternatywą, niż tworzenie kolejnej tabeli tylko na któreś z tych danych. PHP jest biedne (miejmy nadzieję, że “jeszcze biedne” a nie “na zawsze biedne”) jeżeli chodzi o modyfikację XML. Jedynym sposobem sensownej modyfikacji jest DOM, który jest o wiele bardziej nieprzyjemny w użyciu niż SimpleXML. Coś za coś, możliwe, ze udostępnię w jakimś czasie klasy do modyfikacji PHP pozwalające na dowolną modyfikację XMLa z łatwością SimpleXMLa.

XML w połączeniu z XSLT może robić za świetną warstwę danych i wizualizacji. Przy pomocy XSLT możemy przetworzyć dowolny plik XML do.. dowolnego innego formatu opartego na tekście. W naszym kontekście oznacza to możliwość przeniesienia warstwy widoku na klienta. Do klienta wysyła się plik XML z danymi (za każdym razem w odpowiedni sposób zmodyfikowany – aby odzwierciedlić dane które są aktualne), oraz szablon XSLT który parsuje XML do XHTMLa i pokazuje użytkownikowi za pomocą przeglądarki. To jest dość ciężki punkt, gdyż trudno w XSLT tworzyć dynamiczne linki (składać atrybut node’a XMLowego z kilku wartości). Ale przy odpowiednim przetworzeniu XMLa po stronie PHP, żeby lepiej nadawał się do parsowania przez XSLT – jest to do zrobienia.

Pierwsze dwa punkty były dość trywialne. Ot, kolejna opcja do rozwiązania dość popularnego problemu. Mająca swoje minusy i plusy – wybrać można co się chce.

Trzeci punkt to zupełnie nowe (a może już nie takie nowe i ktoś już tak robi?) podejście do parsowania stron i pokazywania ich klientowi. Parsowanie szablonu i upychanie do niego odpowiednich danych to jest ból i dla serwera i dla ludzi którzy muszą uczyć się specyficznego, użytego w naszym projekcie, języka szablonów.

Tak naprawdę XSLT jest, znów, kolejnym językiem do nauczenia.. ale w odróżnieniu od Smarty czy OPT spełnia więcej niż jedną funkcję i można go zastosować do dowolnej transformacji dowolnego pliku XML – ma to swoje plusy.

Co do serwera to zostaje on odciążony od tego – klient dostaje XML i XSTL i to jego przeglądarka zajmuje się przetworzeniem szablonu i wrzuceniu w niego danych – to jest piękne. Oczywiście to serwer może przetwarzać XMLa do XSLT przy użyciu np. XSL i klient dostaje już gotowego XHTMLa (ale skrótów, uff :-) ). Np. jeżeli nie chcemy udostępniać użytkownikowi XMLa z danymi.

Przy użyciu jednego zestawu danych XML możemy dostarczyć stronę na wiele platform przy użyciu różnych szablonów XSLT.

Wszystko to co powyżej opisałem da się zrobić przy użyciu DB2 w połączeniu z PHP.

Mam wrażenie, że nie wszystko zostało tu napisane, więc temat będę jeszcze rozwijał. Postaram się też opublikować kod implementujący te rozwiązania. Opis instalacji DB2 na Linuxie i połączenie z PHP znajdziecie na moim blogu parę postów niżej.


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Fixasg.pl – napraw swoją replikę!

01:26, 05 maja 2010 roku

| FixASG.pl, Notka, Projekty

Po długich bojach udało się nam firmowo zrealizować FixASG.pl – pomysł meler’a, w wersji dla ASG. Pomysł prosty – czyli najlepszy ;-) Trzy kroki i dojdziecie do poradnika jak naprawić swoją luśnię.

W portalu publikować będziemy poradniki na temat naprawy replik do ASG. Redakcja powoli się buduje, więc tekstów dużo nie ma. Stale też wprowadzamy nowe funkcjonalności.

Jest to pierwszy portal stworzony na silniku Platformy Społecznej, o której więcej w kolejnych wpisach i przy odsłonach kolejnych serwisów.

Mam nadzieję, że portal przypadnie wam do gustu i będzie pomocy w bojach z waszą bronią :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

Instalacja DB2 na Linux’ie. Łączenie DB2 z PHP.

23:11, 28 lutego 2010 roku

| Notka, Tutorial

Edit: dodałem tekst o tym co może wyniknąć z połączenia DB2 z PHP.

O tym, czemu w temacie tej notki DB2 i PHP występują w jednym zdaniu, będzie gdzie indziej. A zapewniam, że temat jest interesujący. Poniżej opis jak zainstalować DB2 na serwerze z Linuxem ( testowaliśmy to na systemach: Fedora, CentOS, RedHat, Ubuntu ). Większość tego tutoriala została najpierw przetestowana przez Kamila, mi udało się rozwiązać kluczowy problem. Ale.. po kolei.

Ten poradnik jest też dla tych, którym po instalacji DB2 i sterowników pod PHP wyskakują błędy połączenia z bazą mimo, że wszystko poszło jak trzeba (patrzcie na punkt ostatni)!

Jaki Linux?

Po pierwsze, musimy zdecydować się na jakąś dystrybucję. DB2, jako, że jest produktem IBM’a, lubi się z RedHat’em (czyli z Fedorą i CentOS’em również) oraz SuSE. Kamilowi udało się to wszystko zrobić na Ubuntu. Myślę, że i inne dystrybucje dadzą sobie radę.

Ja osobiście używam Windowsa ( tak, Windowsa ) jako środowiska do pisania kodu, natomiast Linux’a postawionego mam na SUN’owskim VirtualBox‘ie. Do plików na nim dostaje się przez Sambę. Dzięki temu PDT myśli, że pracuje na Windzie, a ja odpalam wszystko na Linuxie. Jak się komuś spodoba taki sposób, to napiszę kiedyś jak to sobie ustawić wszystko.

Ale.. nie chce wywoływać burzy Win vs. Linux, czy dystrybucja A vs. dystrybucja B, więc na tym co powyżej poprzestanę.

Czego mi potrzeba?

Na pewno wspomnianego już Linux’a ;-) Poza tym trzeba ściągnąć DB2 w wersji Express-C (testowaliśmy z wersją 9.5 jak i 9.7 ), chyba, że ktoś ma licencje na pełną wersję DB2. Ale nie sądzę, żeby wtedy wchodził na mojego bloga ;-)

Jako, że na końcu tego tutoriala mamy mieć możliwość podłączenia się do DB2 za pomocą PHP – to przyda się mieć Apache’a oraz PHP ( my używaliśmy do tego 5.3.1 ). My zaczynaliśmy od czystego, ale myślę, że nie będzie problemów z “brudnym”.

Przy instalacji DB2 przez setup graficzny trzeba mieć zainstalowaną Java’e. Sposób wytestowany jest zarówno graficznie jak i z linii poleceń, aczkolwiek druga opcja oznacza więcej ręcznego babrania się w konfiguracji. W przypadku serwerowych systemów trudno o jakiegoś managera okien, jeżeli bawimy się na Linux’owym desktopie – to droga wolna.

Aby skompilować DB2 oraz drivery do połączenia z PHP potrzebny jest.. kompilator ( d-oh! ). Wypada więc zainstalować gcc .

Instalacja DB2

Ja omówię instalacje z linii poleceń. Kamil pewnie wrzuci na swojego bloga informacje o instalacji graficznej. Chociaż ona zazwyczaj polega na czytaniu tego co na ekranie i umiejętnym klikaniu “next” ;-)

Z linii poleceń

Ściągamy plik, rozpakowujemy, wchodzimy do katalogu który powstał, potem od katalogu expc no i zaczyna się zabawa..

1. Uruchamiamy:
./db_install
2. Wybieramy katalog instalacji ( domyślnie jest to /opt/ibm/db2/V9.[x]), katalog trzeba zapamiętać! ( x to wersja DB2 którą się instaluje ).

3. Wpisujemy “EXP” i pacamy “enter”

4. Instalacja robi swoje, idziemy po herbatę/kawę/colę/lub-gdzie-chcemy ;-)

5. Jeżeli wróciliśmy i na ekranie znaleźliśmy błąd w stylu
ERROR:
The following library files could not be loaded by db2langdir
in /tmp/exp/disk1/db2/linux/install/../bin

libstdc++.so.5
libstdc++.so.5
to oznacza to iż brakuje nam niektórych bibliotek C++ i musimy zrobić coś takiego
yum install compat-libstdc++-33
Po czym wracamy do pkt. 1 .

6. Przechodzimy do konfiguracji serwera po instalacji ręcznej. Opis tego procesu, po polsku, znajduje się w InfoCenter IBM’a.

Parę wskazówek, sugestii i rzeczy pomocnych do pkt 6. :

1) nie bawcie się w zmienianie domyślnych, sugerowanych tam rzeczy, jeżeli nie wiecie co robicie. DB2 w wielu miejscach ma różne ustawienia, które również trzeba wtedy zmienić. Czasem trudno do tego dojść. Jeżeli zdecydujecie się na wprowadzenie DB2 na produkcyjny serwer – wtedy poświęćcie czas na dokładniejszą naukę i zrozumienie zasad działania DB2.

2) w podpunkcie 3cim, jako typ uwierzytelniania, wybieramy “server”. Jest to najpopularniejsza metoda uwierzytelniania do której jesteśmy przyzwyczajeni. Jako login/hasło do bazy podajemy wtedy usera którego stworzyliśmy w podpunkcie 1szym. Czyli domyślnie db2inst1 i hasło takie jakie utworzyliśmy. Jak wyżej – nie kombinujcie z tym, chyba, że wiecie co robicie :-)

3) konfiguracja komunikacji DB2. W podpunkcie 3cim wpisujemy tą komendę
update database manager configuration using svcename serwer1|3100
razem ze znakiem |. Oczywiście biorąc pod uwagę swoją nazwę usługi, port itp.

Instalacja DB2 to, aktualnie, prościzna. Jeżeli trzymamy się instrukcji i czytamy to co “mówi” nam system – to jesteśmy w domu. “Tricky” jest kolejny punkt..

Instalacja driverów do DB2 dla PHP

Do połączenia się z DB2 potrzebujemy jakichś driverów. My używamy PDO_IBM. Dostępny jest także ibm_db2 który bardziej przypomina zestaw funkcji do MySQL’a, więc nie bierzemy go nawet pod uwagę (OOP ftw ;-) ).

Bardzo ważne jest aby zainstalować PDO_IBM w wersji 1.2.5 . Wersje wyższe (podczas pisania tego tekstu dostępne są 1.3.0 i 1.3.1) powodują sporo błędów przy wykonywaniu zapytań.

Kolejną sprawą jest to, że Fedora uparcie twierdzi, że PDO jest zainstalowane gdy próbujemy je zainstalować poprzez PECL’a. Natomiast gdy próbujemy zainstalować PDO_IBM to twierdzi, że PDO nie widział na serwerze. Tworzy to pewien impas. Jedynym sposobem na przełamanie owego jest ręczna kompilacja sterowników. A oto jak sprawić, by PHP miało PDO oraz PDO_IBM :
pecl download PDO_IBM-1.2.5
tar -xzf PDO_IBM-1.2.5.tgz
cd PDO_IBM-1.2.5
phpize

Jeżeli nie mamy phpize, trzeba sobie zainstalować paczkę php-devel poprzez
yum install php-devel.i686
Teraz czas na zapamiętany wyżej katalog, w którym zostało zainstalowane DB2. Należy go wstawić w miejsce mojego /opt/ibm/db2/V9.5/ .
./configure --with-pdo-ibm=/opt/ibm/db2/V9.5/
make
make install

W tym momencie plik pdo_ibm.so znajduje się w katalogu z extensions do PHP. Teraz należy dodać extension=pdo_ibm.so . W ulubionym edytorze stwórz sobie plik pdo_ibm.ini w katalogu /etc/php.d/ i wpisz tam extension=pdo_ibm.so .

Teraz resecik apache’a i..
php -m
Jeżeli nie ma błędu, a na liście pojawia się pdo_ibm – to jesteśmy w domu :-)

Tworzenie bazy danych w DB2

W necie jest dobry “survival guide” dla DB2. Jako, że jest to baza danych z długą historią życiową ma sporo naleciałości niezrozumiałych dla ludzi którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z bazą danych tego typu. Jednym z przykładów na “wtf?” jest długość nazwy bazy danych. Otóż maksymalna długość nazwy bazy danych to 8 znaków.

Podobną śmiesznością jest “escapowanie” stringów. Otóż żeby “uciec” znak ‘ należy go poprzedzić drugim ‘. Czyli np.
SELECT ... WHERE name = 'Don''t be stupid!';
Żeby dostać się do linii poleceń db2, zakładając, ze właściciel instancji nazywa się db2inst1 klepiemy:
su db2inst1
db2

W linii poleceń db2 klepiemy:
create database test
I mamy już bazę danych ;-)

Tworzenie bazy danych DB2 nie uwzględniającej wielkości znaków przy sortowaniu ( do czego przyzwyczaja nas każda inna baza w standardzie )

W DB2 9.7 lub wyższej możemy sprawić, aby silnik nie uwzględniał wielkości liter przy sortowaniu. Aby tak się stało musimy stworzyć bazę z odpowiednim “collate”
CREATE DATABASE test
USING CODESET UTF-8 TERRITORY PL
COLLATE USING UCA500R1_LEN_S2


Ważna sprawa! Nie można zmienić “collate” później. Więc stosujcie to domyślnie przy tworzeniu bazy danych. Pomysł zgapiono z oficjalnego poradnika IBMa dotyczącego DB2.

Problem z kodowaniem znaków do UTF8

Jeszcze jeden mały “pro tip” który może się przydać, żebyście nie musieli przechodzić przez to co ja. Aby klient zwracał do PHP dane z odpowiednim kodowaniem UTF8 trzeba przelogować się na usera db2inst1 ( su db2inst1 ) i odpalić komendę
db2set db2codepage=1208
Miłej zabawy ;-)

A o pytania, instrukcje i sugestie proszę uderzać w komentarze. Nie uważam się za guru Linux’a ani za guru DB2 – to co tu opisałem to to do czego udało mi się dojść w ciągu ostatnich 3-4 lat obcowania z tą bazą w połączeniu z PHP.


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (2) | Permalink

Dobra strona internetowa? – czego tak naprawdę potrzebuję?

23:57, 20 sierpnia 2009 roku

| Notka

Notka zainspirowana tematem założonym na jednej z grup na GoldenLine.

Pytanie brzmiało:

“dobra strona internetowa ?!”

panie i panowie!

od dluzszego juz czasu sledze grupy, w ktorych tocza sie dyskusje dotyczace stron internetowych. okazuje sie, ze cena nie zawsze idzie w parze z jakoscia- do tej pory wydawalo mi sie to wyznacznikiem w tej dziedzinie.
czy, jako specjalisci, mozecie wskazac takie, ktore sa dobre (moze przy okazji napisac, dlaczego sa dobre, co je wyroznia)?
tak, zeby prosty czlowiek, jak ja, mogl sobie porownac i moze dostrzec roznice?
a moze jestescie w stanie utworzyc spis rzeczy, ktore swiadcza o jakosci strony?

pomozcie biednemu zjadaczowi chleba!;)

A jaki samochód jest dobry? ;-)

Każda strona jest inna i ma swoje zalety i wady.
Po pierwsze jest podział na frontend i backend.

Frontend to to co widzi użytkownik i z czego korzysta. W przykładzie z samochodem to jest karoseria i to co może zobaczyć przez szybę w środku naszego wozu.

Backend to to z czego korzystają ludzie obsługujący stronę (administratorzy/redaktorzy). Czyli jest to ergonomia prowadzenia samochodu. To co czujemy jako kierowca, który sobie siada za kółkiem i czerpie przyjemność (bądź nie) z jazdy.

Na frontend składają się: grafika, sposób wykonania kodu (zgodność ze standardami, podatność na indexowanie w wyszukiwarkach i estetyka), funkcjonalności dla użytkowników (czyli to co może użytkownik strony na niej zrobić) – kolejność w której to wymieniłem jest przypadkowa.

Czyli jest to karoseria i jakość wykonania karoserii i wszystkiego co widać na zewnątrz ;-)
Karoseria to jest grafika – i jak wiadomo, każdy lubi inny wygląd samochodu, wiec każdemu co innego się spodoba jeżeli chodzi o grafikę! Tutaj nie ma jednego dobrego stwierdzenia, co jest ok a co nie!

Aczkolwiek wiadomo, ze mamy standard wyglądu samochodu, aerodynamiki itp. np. to ze ma 4 kola (osobowy ;-) ) i tak samo są jakieś ogólnie przyjęte zasady tego jak ma strona wyglądać (które czasem są łamane przez grafików na rzecz atrakcyjności).
Czyli zazwyczaj na gorze logo, obok jakieś reklamy, menu poniżej lub po lewej. Treść nie szersza niż 80 znaków, bo więcej się źle czyta, po prawej kolumna z jakimiś dodatkami, na spodzie stopka.

Jak karoseria jest źle wykonana (kod XHTML/CSS), to mimo, ze wygląda z zewnątrz ładnie, może się rozpaść w drodze ;-) wiec nie jest to samochód zbyt użyteczny pod względem użytkowania – a strona nie spełnia po prostu swojej roli jeżeli chodzi o jakość wykonania.
Dobrze wykonany kod XHTML oznacza tez, ze Google i inne wyszukiwarki będą ta stronę “łapać” szybciej i stronę będzie można łatwiej znaleźć.

Flash to osobna historia – po pierwsze jest mało ludzi którzy potrafią tworzyć aplikacje/strony we Flashu (w porównaniu z ludźmi którzy znają XHTML/CSS i jakiś język do napisania strony, tak, ze podejmują się tworzenia stron – niestety większość za wcześnie ;-) ).
Po drugie nad taka strona pracuje zazwyczaj jedna osoba, bo trudno jest tam podzielić prace.
Po trzecie robi się to stosunkowo długo bo jedna osoba musi zarówno stronę narysować jak i oskryptować – tak, żeby działała jak trzeba.
Wiec koszty rosną bardzo bardzo jeżeli chce się wykorzystać Flasha.

W przykładzie z samochodem to jest tak, jak by kupić drogi samochód (bardzo drogi) robiony na zamówienie i taki, przy którym tylko wyspecjalizowany mechanik potrafi coś zrobić – a my możemy sobie co najwyżej na niego popatrzeć, a zmiany czegokolwiek kosztują (bo nie ma czegoś takiego jak backend przez który stronę obsługujemy).
No i Flash się w ogóle nie pozycjonuje – wiec trzeba i tak zrobić jakąś ukrytą kopię treści, żeby Google “złapało” stronę w swoje szpony.

Oczywiście powyższy nawias to nie jest zasada – można stworzyć system zarządzania taka strona, ale znów – koszty idą w gore.
Bo nie dość, ze Flash bardziej skomplikowany to jeszcze trzeba kogoś kto stworzy system zarządzania tym Flashem w czymś co Flashem nie jest.

I dopiero wtedy możemy pojeździć swoim samochodem za grubą kasę ;-)

Backend to wszystko co składa się na jakość jazdy.
To jak się siedzi w fotelu, ustawia kierownice, itp. itd.
Backend strony, czyli miejsce gdzie zarządzamy treścią, usługami, komentarzami, kalendarzem i wszystkim innym co sobie zażyczyliśmy ;-)
Z punktu użytkowania chodzi o to, żeby wszystko można było zrobić łatwo i przyjemnie. Główne założenie przy tworzeniu backendu to zminimalizować ilość pracy administratora/redaktora do niezbędnego minimum.
Tak żeby nie marnował on/ona czasu na robienie podstawowych rzeczy.

No i są dodatkowe rzeczy, takie jak gwarancja – która i na samochód i na stronę musi być.
Podpięcie pod jakiś system liczenia oglądalności – tak żeby można było zmierzyć ile osób, skąd jak i gdzie wchodziły na nasza stronę.
Takie rzeczy jak SiteMaps w Google – dzięki czemu strona łatwiej się indeksuje.

A i tak, najbardziej ważna rzecz która jest do wykonania, to zastanowienie się jakiego samochodu nam trzeba. Czy tak naprawdę nie potrzebujemy TIRa lub wozu Straży Pożarnej, kiedy wydaje się nam, ze chcemy mały miejski samochodzik na robienie zakupów ;-)

Tak wiec najlepiej pomyśleć sobie nad tym, co się chce i co strona ma moc robić.
Ewentualnie pogadać o tym z kimś, kto strony robi, żeby się zorientować, czego się tak naprawdę chce.

Tak wiec koszty stworzenia strony to bardzo płynna rzecz.
Na pewno trzeba zapomnieć o czymś takim jak strona z grafika za 400zl (chyba, ze robi nam to ktoś po znajomości – ale znajomych tez lepiej najpierw sprawdzić, bo mogą przestać być naszymi znajomymi..).

Wiadomo, trzeba sprawdzić referencje i ceny w kilku firmach.

Poprosić o próbna jazdę – czyli wersje demo serwisu/systemu.

No i tak na koniec przyjemny kontakt z dealerem nie zaszkodzi ;-)

Mam nadzieję, że przyda się to komuś, kto chce zrobić stronę a nie wie jak się do tego zabrać :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

Bojkotuj IE6!

19:33, 29 lipca 2009 roku

| Ciekawe strony, Notka, Opinie, Praca

Wreszcie wielcy tego świata (no, Internetu ;-) ) wzięli się na poważnie za bojkotowanie Internet Explorera 6. Każdy kto robi strony zna ból optymalizacji wyglądu, JavaScript’a itp. Zaczął YouTube. W Polsce wziął się za to epuls.pl .

Chociaż najlepiej gdyby zrobiła to nasza-klasa.pl która przyciągnęła przed komputery rzeszę ludzi którzy z Internetu prawie w ogóle do tej pory nie korzystali. A to właśnie brak świadomości komputerowej prowadzi do ignorancji.

Od marca w Polsce trwa akcja stop IE6, która ma na celu obniżenie, do końca roku, liczby internautów korzystających z IE6 do mniej niz 5%. Według ranking.pl, od początku roku, udział IE6 w rynku przeglądarek w Polsce spadł o 10% z 24% do 14% – tak więc wszystko jest na dobrej drodze :-)

W skrócie: czemu IE6 to przeżytek?

Jest to przeglądarka która liczy sobie ponad połowę wieku internetu. Istnieje od 2001 roku. Microsoft dawno przestał ją wspierać i tworzyć do niej aktualizacje.

To jak używać magnetofonu w erze CD, video w erze DVD, albo jak to ujęli trafnie na ie6.pl czarno-białego, 35cio letniego telewizora w erze telewizji HD.

Czy byłby sens wymyślania HD skoro ludzie maja antyczne telewizory?

Jasne, kupienie telewizora oznacza wydanie pieniędzy. Ale w przypadku Windows’ów mamy wiele możliwości: aktualizacja systemu do nowszej wersji, wgranie update’ów (w XP można zaktualizować system i mieć choćby IE7), możesz zainstalować też dowolną inną przeglądarkę taką jak FireFox, Opera, Chrome.

Jeżeli masz pirackiego windows’a  to nie masz wyboru i musisz wgrać FF, Opere albo Chrome.

Jeżeli siedzisz w pracy i nie masz wpływu na to co jest zainstalowane na Twoim komputerze, to idź do administratora systemu z jakimś dobrym piwkiem albo kilkoma i podaj mu link do http://ie6.pl – niech poczyta i zrobi wam w firmie update – to nie kosztuje nic, oprócz jego czasu.

No, chyba, że Twoj szef nie chce, żebyś oglądał strony w pracy ;-) wtedy zostanie przy IE6 na pewno się sprawdzi, bo niedługo żadna strona nie będzie tej przeglądarki obsługiwać ;-)

Zeno.pl przyłącza się do tej chwalebnej akcji! :-)

Portale, które tworzymy w ramach firmy, nie będą obsługiwać wszystkich funkcji przy korzystaniu z IE6. Nie będą też zawsze wyglądać tak jak ich wersje pod teraźniejsze przeglądarki. Czas który spędzilibyśmy optymalizacją pod IE6 zostanie zagospodarowany na robienie nowych rzeczy.

Będziemy też odradzać klientom używanie IE6, ale jeżeli ktoś sie uprze, to stworzymy stronę również w takiej wersji. Natomiast grafika będzie wtedy odpowiednio dostosowana pod IE6 i cudowną ere kwadratowych, ciężkich stron na tabelkach ;-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

“The day that the Earth stood still” (“Dzień w którym zatrzymała się Ziemia”), remake.

05:33, 18 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie, SciFi 50-70

Niedawno w Polsce weszła do kin nowa wersja filmu “The Day that the Earth stood still”, którego pierwowzór powstał w 1951 roku.

Jeżeli ktoś z Was chce iść na to do kina, lepiej wydać pieniądze na DVD ze starą wersją ;-)

Czemu?

Jakiś czas temu pisałem o tym filmie w notce o filmach SciFi z lat 50-70 ubiegłego wieku. W oryginale w USA, w Waszyngtonie ląduje UFO, z którego to wychodzi obca forma życia w ciele człowieka i zostaje postrzelona przez nerwowego żołnierza. Po krótkim pobycie w szpitalu, w którym to bardzo szybko dochodzi do zdrowia, uprzedza wysłanników rządu USA, że chce porozmawiać z liderem Ziemi. Film dzieje się niedługo po końcu II Wojny Światowej, trwa Zimna Wojna, więc nie ma zbytnio możliwości porozmawiać na raz z prezydentami USA i Rosji, a co dopiero wszystkich państw na raz.

W późniejszej części filmu Klaatu (bo tak nazywa się kosmita) ma okazję zjeść kilka śniadań ze współlokatorami – przedstawicielami kilku różnych klas społecznych i stereotypowych ludzi żyjących w tamtych czasach w Ameryce. Rozmawiają oni o obecnej sytuacji, czemu kosmita wylądował, czego chce i co będzie później. Nie wiedzą, że właśnie spożywają posiłek z głównym bohaterem tego zamieszania. Ich poglądy i dyskusje w bardzo fajny sposób pokazują podejście ludzi do takiej (dość abstrakcyjnej) sytuacji.

Autorzy poprzedniej wersji starali się przedstawić nam swoje przemyślenia o tym jaki jest wszechświat, co by było gdyby kosmici istnieli i gdyby do nas przylecieli. Jaki wpływ na Ziemię mają ludzie i co z nami będzie za kilkadziesiąt lat. Skupili się na tych zagadnieniach, niczym więcej. Ubrali to w typową jak na tamte czasy fabułę (żeby się dobrze oglądało) i wypuścili “do publiki”. Film jest ciekawy, zmusza do myślenia i fajnie się go ogląda ( mimo ;-) braku efektów specjalnych ).

Nowa wersja jest pełna efektów specjalnych. Wiele wątków fabularnych zostało dotkniętych, ale żaden nie został skończony ( to chyba domena większości filmów które powstają w ostatnich latach w USA – “Project: Monster” chociażby). Sam film też się właściwie nie kończy.

Z jednego UGO zrobiono setkę maszyn na całej kuli ziemskiej. Jeden kosmita stał się dwoma kosmitami. Rozmowy z wieloma ludźmi o tym jacy są ziemianie została przerobiona (też dość typowo) na rozmowę z “mądrym dzieciakiem”. Ratowanie reputacji ziemian zostało spłycone do kilku “niby wartościowych” scen o naszych wspaniałych uczuciach – które zostały nakręcone dość nieudolnie, wiec ja, jako użytkownik filmu w ogóle tego nie poczułem. Do tego kilka stereotypowych scen o tym jacy ludzie są źli.

Gratulacje należą się Johnowi Cleesowi (tak, temu z Monty Pythona) za odegranie poważnej (sic!) roli profesora który stara się przekonać Klaatu do oszczędzenia Ziemi i naprawdę robi to z klasą. Chociaż dowcip który w tej scenie występuje również jest nieudolny.

Podsumowując film jest zlepkiem scen które mają nas skłonić do zastanowienia się nad tym jacy jesteśmy dla naszej planety (a przynajmniej wydaje mi się, że tak ma być) ale głownie są tu efekty specjalne, naciągana fabuła która tak naprawdę nie porusza w żaden sposób oraz efekty specjalne. Historia została przerobiona i, według mnie, straciła na tym bardzo. Postacie wydają się sztuczne i naciągane, nie są przekonujące. Akcje które podejmują nie trzymają się “kupy”. Jest strasznie dużo skrótów, brak pokazania podstaw do podjęcia jakiejś decyzji – czyli chociażby tego czemu ktoś zmienił zdanie. No i te efekty specjalne tak naprawdę nie zachwycają. To wszystko składa się na, według mnie, marny film. A szkoda, bo miał on duży potencjał.

Tak jak już pisałem – polecam oryginał, jest lepszy.


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Moja Interpretacja filmów z notki o Świętach

15:57, 07 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie

Tak jak obiecałem piszę o filmikach z notki świątecznej. Ale najpierw..

Wszystkiego dobrego w nowym roku ;-)

Święta to komercha. Kiedyś (w Polsce nie tak dawno – PRL blokował komerche ;-), a na świecie dawniej ) magia Świąt polegała na tym, że siadało się z rodziną przy stole, spędzało z nią czas. Dzieci myślały o prezentach, a jakże, ale nie to było najważniejsze. Święta miały swoją magie, szanowaliśmy je. Okres beztroski, podsumowania roku (co jest bez sensu, ale nieważne). Generalnie czas pozytywny i refleksyjny :-)

Aktualnie sytuacja ma się trochę inaczej.

Świętych Mikołajów są setki, na każdym kroku – każdy chce nam coś wcisnąć. A spowszechnieli nam już na tyle, że zupełnie ich nie zauważamy i w pewnym sensie “olewamy”. Nie czekamy na tego jednego jedynego grubaśnego staruszka w czerwonym wdzianku który położy nam prezenty pod choinką gdy zaświeci pierwsza gwiazdka.

Świąt się nie szanuje, w święta się kupuje – im więcej, tym lepiej – dla producentów i dystrybutorów. A wszystko napędza marketing.

Przy takim zapotrzebowaniu na Mikołajów trzeba łapać ich więcej (zauważcie numer na wdzianku pierwszego Mikołaja – 1409). Przesyła się ich potem jako.. produkty (sic!) do różnych firm, żeby wciskali nam jakieś niepotrzebne nam przedmioty czy usługi. Teraz wiecie czemu jest tylu mikołajów na ulicach i skąd się biorą. Widzicie też ile przecierpieć musi Święty i ile czasu trzeba w to włożyć żeby stał się on przystosowany do ludzkich wymogów.

Przez brak szacunku (palenie, picie, przeklinanie przy nim – lekceważenie ogólnie przyjętych zasad dobrego postępowania), czuły na takie rzeczy, Mikołaj ponownie dziczeje i.. musi zginąć. Czyli nasz brak szacunku dla Świąt zabija je (ich atmosferę). A pokazane jest to w odpowiednio wstrząsający sposób. I przez to populacja Mikołajów może wyginąć!

A gdy nie będzie Świętych to i świąt nie będzie..

A co Wy o tym myślicie?


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (8) | Permalink

Internet nielegalny? Przy okazji nowelizacji Kodeksu Karnego

01:19, 21 grudnia 2008 roku

| Notka, Opinie

Są w Polskim prawie takie przepisy jak brak możliwości prowadzenia samochodu osobowego kierowcom z kategorią “D” (autobus), przymusem rejestracji w sądzie stron internetowych aktualizowanych częściej niż raz na miesiąc (jako jakaś forma gazety) lub przymusie posiadania (wyrabianego co rok) zaświadczenia o nie wykonywaniu usług transportowych przez osoby prowadzące firmy i posiadające samochody ciężarowe (tak! w Polsce trzeba wyrabiać sobie zaświadczenie o tym, że _nie_ prowadzi się tej działalności – dobrze przeczytaliście i trzeba dodać, że takie zaświadczenie to około 120-540zł).

Właśnie dostałem linka od mojego qmpla Uapy do artykułu na blogu Vagla dotyczącego nowelizacji Kodeksu Karnego. Nowelizacja weszła w życie 18 grudnia tego roku i dotyczyła zagadnień “hackingu” oraz “pornografii”. Ale znów przypomniał o sobie inny przepis zawarty w jednym z nowelizowanych artykułów i myślę, że może on spokojnie stanąć obok tych wymienionych powyżej.

A o czym mowa? O takim oto sformułowaniu

1. Kto wytwarza, pozyskuje, zbywa lub udostępnia innym osobom urządzenia lub programy komputerowe przystosowane do popełnienia przestępstwa określonego w art. 165 § 1 pkt 4, art. 267 § 3, art. 268a § 1 albo § 2 w związku z § 1, art. 269 § 2 albo art. 269a, a także hasła komputerowe, kody dostępu lub inne dane umożliwiające dostęp do informacji przechowywanych w systemie komputerowym lub sieci teleinformatycznej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Czemu to zdanie jest złe? Otóż wyobraźcie sobie, że każdy link który jest w internecie, każdy podlinkowany kawałek tekstu, to są dane umożliwiające dostęp do informacji przechowywanych w systemie komputerowym lub sieci teleinformatycznej. Klikając w linka uzyskujecie dostęp do strony internetowej (która jest plikiem na serwerze będącym systemem komputerowym w sieci teleinformatycznej). Tworząc tą notkę tworze nowego linka za który będą mi grozić 3 lata odsiadki, ale zaryzykuje ;-) Każdy polityk posiadający stronę internetową (wliczając w to prezydenta) łamie prawo. Każda firma posiadająca stronę internetową łamie prawo.

Śmiać mi się chce, gdy dowiaduje się o takich rzeczach. Zaraz potem dochodzi do tego zażenowanie. Czemu w tworzeniu prawa nie biorą udziału ludzie którzy znają się na rzeczy i którzy maja na tyle otwarte umysły, żeby móc odnieść to co tworzą do rzeczywistego świata i rzeczywistych sytuacji? Kłania się umiejętność czytania ze zrozumieniem.

Dochodzi do tego kolejne pytanie: czemu przy tej nowelizacji nie usunięto tego, wielokrotnie krytykowanego, sformułowania?

A co powiecie na pospolite ruszenie praworządnych obywateli i powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez wszystkich polityków?

Update:

Dzięki Tirpitzowi mam tutaj opinię karnistki:

Przepis art. 269b kk obowiązuje od 2004r. Obecna zmiana tego przepisu jest wynikiem zmiany przepisu art. 267 k.k. i tyle.Przepis zawsze budził kontrowersje ale przepis ten dotyczy tylko takich urządzeń lub programów, które celowo zostały przystosowane do popełnienia przestępstw w nim wymienionych, a przyjmuje się że karalne są zachowania podejmowane przez osoby nieuprawnione.Przepis pozwala np ścigać operatorów witryn internetowych udostępniających narzędzia programistyczne służące do powodowania obciążeń systemów komputerowych, osób umieszczających odnośniki (linki) do zasobów zawierających takie oprogramowanie oraz osób tworzących i rozpowszechniających wirusy komputerowe.
Po obecnej nowelizacji tak naprawdę nic szczególnego nie zmienia się, a tytuł artykułu ma charakter histeryczny.

Dodam jeszcze tylko od siebie że ten “pakiet” przepisó wszedł w życie na potrzeby UE.

Problem jest według mnie w tym, że w przepisie nie jest napisane, że odnosi się tylko do takich urządzeń, programów lub do osób nieuprawnionych. To jest “tylko” interpretacja osoby która ma zdroworozsądkowe podejście do sprawy. I dobrze, że tacy ludzie są i pewnie stanowią większość sędziów.

Pytanie, czy jeżeli ktoś miał by ochotę wnieść sprawę taką do sądu, to czy miała by ona w ogóle rację bytu?
No i czemu nikt nie czuje potrzeby zmiany tego przepisu, skoro jest niejednoznaczny?


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (15) | Permalink

Fallout 3 – recenzja

08:13, 18 grudnia 2008 roku

| Gry, Notka, Opinie

Grałem w Fallouta 3 od jakiegoś czasu. A właściwie “pogrywałem” (praca ważniejsza niż granie ;-) ). Na grę wszyscy czekaliśmy 10 lat. W przeciągu tego czasu rosły oczekiwania. Czy Fallout 3 od Bethesdy spełnił moje? Przeczytaj poniżej.

Niedawno skończyłem grać w w Fallouta 3. Pisząc “skończyłem grać” mam na myśli “zakończyłem podstawowy wątek fabuły”. Do obejrzenia zostało mi jakieś 70% lokacji – to nie jest dobre, a dalej jest jeszcze gorzej.. Zdążyłem już ochłonąć i przemyśleć to co widziałem i wyrobić sobie o tym wszystkim konkretne zdanie.

Moja opinia w jednym zdaniu brzmi:

“Chyba mieli za mało czasu.”

Dlaczego?

Podstawowy wątek fabuły jest świetnie dopracowany. Podobnie lokacje w których trzeba być. Lokacje w których nie trzeba być potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć, ale potrafią też być miejscem.. mordowni – i człowiek chodzi i szuka.. a tu się okazuje, że tylko i wyłącznie miał trochę amunicji “zmarnować”. To boli. Bo naprawdę widać olbrzymie pokłady niewykorzystanego potencjału. A mogło być milion razy lepiej niż jest. Jest “zaledwie” całkiem nieźle.

Męczy natomiast to, że kilka ładnych godzin przed końcem głównej lini fabularnej i nie zwiedzeniu 70% lokacji gry osiąga się maksymalny poziom doświadczenia (20). Nie jest to za fajne, bo zostało tyle perków do wypróbowania.. tyle lokacji do odkrycia, tyle expa do zdobycia. I owszem, zdobywa się je dalej.. ale cholernie wolno i nie do końca wiem czy kolejny poziom expa daje możliwość wybory perka bo nie udało mi się jeszcze nabić kolejnego levela.

Po przejściu gry – nie można grać dalej, więc lepiej zwiedźcie wszystko zawczasu! Koniec gry również jest jakiś.. niedorobiony – jakby gościom z Bethesdy skończyły się pomysły. Nie jest tak ekscytujący czy porywający jak niektóre sytuacje wcześniej.

Wymiar konsolowy gry jest dobijający – częste blokady przejścia tam, gdzie nic nie blokuje nam drogi. Niedorobione skakanie i brak możliwości wspinania się. Zawsze gdy postać stoi przy murze nie można podskoczyć – trzeba się trochę odsunąć, a wtedy często tracimy podporę i spadamy. Małą pierdołką jest to, że jak spojrzymy w dol, to nie widać naszych nóg – bardzo brakuje mi tego w grach. Ale to już czepialstwo.

W wielu questach czy miejscach dostajemy po oczach napisem: “You cannot use this yet” albo “You cannot use this now”. W jednej tylko lokacji – wirtualnej rzeczywistości – jest “System prevents you from using this now” – co jest zrozumiałe. Ale czemu, do jasnej ciasnej, dają nam po oczach napisem “You cannot use this yet”? – przecież to absurd. Zwykłe lakoniczne “You don’t know how to use this” byłoby lepsze. Szczególnie, że takie zdania odnoszą się do całkiem normalnych przedmiotów, w normalnych sytuacjach. Jak to nie umiem użyć.. przycisku? I czemu jest tutaj “yet”. Żeby gra była debiloodporna? Wzdech.

Opisy questów są mało dokładne – oczywiście tych pobocznych – główne opisane są nieźle. Samych questów pobocznych jest bardzo mało. Duża część postaci które się zabija ma imiona, ale i tak od razu atakują. Pewnie da się z nimi porozmawiać jak się ma niską karmę. Ale nie sądzę żeby było to więcej niż “co mogę u Ciebie kupić?”. Jeżeli chodzi o questy to Fallout 3 leży. Tylko główna linia fabularna i niektóre questy podrodze w lokacjach głównej linii fabuły są ciekawe ponad niski standard ale i tak większość z nich jest niedopracowana.

Jedna rzecz zasługuje na uznanie – włączenie czasu jako składnika decydującego o tym, że ludzie coś wiedzą o queście. Jeżeli ukończy się jakiś to musi minąć trochę czasu aż Three Dog zacznie mówić o tym w radiu i osoby zainteresowane questem będą o tym wiedziały. To jest bardzo bardzo fajne i Bethesda ma za to u mnie dużego plusa.

Grafika

Odkąd na moim sprzęcie mogę grać przy maksymalnych detalach to zacząłem doceniać grafikę. Jak dla mnie jest bardzo fajnie dopracowana, jest dużo szczegółów, dużo przedmiotów. Modele są ciekawe, efekty światła, noc dzień chmurki postacie. Z paczka tekstu high endowych jest jeszcze ładniej.

No dobra, ja nie umiem pisać o grafice – dla mnie liczy się grywalność i miodność ;-)

Podsumowanie

Podsumowując jest nieźle jeżeli tylko chce się poznać fabułe i przejść grę. Jest gorzej gdy liczymy na fajne subquesty. Jest jeszcze gorzej jeżeli liczymy na granie bez zużywania zbyt dużych pokładów amunicji – w 95% questow trzeba kogoś rozwalić bezpośrednio. Poza tym – bez strzelania trudno zdobyć doświadczenie.

Liczyłbym na rozwój gry w patchach – ale to raczej niemożliwe. Mam nadzieje, że ukaże się jakiś dodatek rozwijający fabułę w podstawowej grze.

Jestem zawiedziony ale rozumiem czemu jest tak jak jest, dlatego daje Falloutowi 8,5/10 w rankingu Zenobiusa :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Sci-Fi z lat 50-70 ubiegłego wieku

20:08, 04 grudnia 2008 roku

| Notka, Opinie, SciFi 50-70

W ostatni weekend na TCM odbywał się “Weekend z SciF”. I jak to na TCM – leciały filmy z lat 50-70. Te lata były bardzo ciekawe pod względem tego rodzaju filmów. Była to epoka kiedy “cybernetyka” (słowo informatyka w Polsce zostało zaproponowane w 1968 rok, wcześniej używano terminu “cybernetyka“) dopiero zaczynała się rozwijać (pierwszy komputer klasy PC “dla ludzi” powstał w roku 1981 i był to IBM-PC oraz Apple Macintosh w 1984. Sam miałem, od 1986 roku komputer IBM PC AT, z 12MHz z Turbo, 8MHz bez, 648kb RAMu i 20Mb dysk), natomiast było wiadomo już dokąd będzie zmierzać.

Ludzie zastanawiali się wtedy, zafascynowani tą technologią, co będzie gdy stworzymy inteligentne komputery. Co zrobią nam roboty, androidy, cyborgi? Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie czy moralnie. W końcu, czy będzie można zrobić niewolników z istot zakutych w stalowy pancerz? Czy istota stworzona przez nas inaczej niż przez.. no.. naturalny sposób ;-) jest gorsza od człowieka? Co zrobić z myślącą maszyną? I co ważniejsze.. co ona może zrobić z nami? Nad tym samym zastanawiamy się dziś, ale jednak, wtedy była to zupełna fantastyka. Technologia nie była znana, więc w głowach ludzi (w tym, na nasze szczęście scenarzystów i reżyserów) powstawały pomysły nie z tej ziemi.

A propos “nie z tej ziemi” drugą rzeczą inspirującą ludzi był “wyścig zbrojeń” kosmicznych – kto pierwszy poleci w kosmos, kto wyląduje na księżycu itd. (pierwszy człowiek w kosmosie, Jurij Gagarin znalazł się tam 12 kwietnia 1961 roku).

Ludzie bali się wszechświata, bali się obcych cywilizacji które mogą go zamieszkiwać. Skoro jest tyle planet to czy tylko na naszej rozwinęło się inteligentne życie?

Wszystko to było motorem do tworzenia filmów SciFi. Większość z nich jest dość naiwna (dla nas, dzisiaj), ale przekazuje dużo wiedzy o tym, co myśleli ludzie w tamtych czasach. Do tego, zazwyczaj, fabuła jest zaskakująca, a roztrząsane problemy moralne są ciekawe i trudne. Są abstrakcyjne, ale trzeba się kiedyś nad nimi zastanowić.

Nie chce tu pisać o klasycznych filmach które wszyscy znają. Oczywiście nie ujmuje tu nic filmom takim jak “Odyseja Kosmiczna 2001″ czy “Łowca Androidów”, bo są to naprawdę genialne dzieła. Ale wole popisać o filmach takich jak…

OSTRZEGAM ŻE PONIŻEJ ZNAJDUJĄ SIĘ OPISY CZĘŚCI FABUŁY!

“The day that earth stood still” (1951)

Niedługo trafi do kin nowa wersja tego filmu (kolejna przeróbka, po “I am legend” które jest remakiem filmu “Omega Men”) . W oryginale opowiada on o kosmicie (Klaatu) i robocie (Gort) który mu towarzyszy. Przylecieli oni na Ziemię w środku Zimnej Wojny i oczywiście wylądowali w USA. Klaatu chce się spotkać z przywódcą Ziemi, ale okazuje się, że ludzie są podzieleni na państwa i są ze sobą skłóceni (zimna wojna). Na dodatek, podczas wychodzenia ze swojego statku, Klaatu zostaje postrzelony przez żołnierza. Na szczęście jego ciało jest ludzkie a rana nie jest poważna – więc trafia on do szpitala.. z którego ucieka, by poznać życie na ziemi.

Mamy więc obcą rasę, mamy robota. Jest groźba anihilacji ziemi, gdyż Gort należy do rasy super robotów, stworzonych przez obce cywilizacje, które mają strzec pokoju w całym wszechświecie – niszcząc wszystko co temu zagraża. Robot nic nie mówi, jest humanoidalny, cały srebrny i oczywiście niezniszczalny. Stoi i pilnuje statku którym przyleciał razem z Klaatu. Kosmita natomiast przez pewien czas mieszka z kilkorgiem ludzi w wynajętym pokoju w kamienicy, gdzie rozmawia z nimi przy wspólnym śniadaniu. Dzięki tej prostej zagrywce fabularnej możemy poznać zdanie kilkorga kluczowych w tamtych czasach stereotypowych amerykanów. Wywiązują się rozmowy o kosmicie, statku kosmicznym i robocie. Omawiany jest możliwy cel ich wizyty, to co mogą nam zrobić i co my mamy zrobić w obliczu takiej sytuacji. W tym miejscu pokazane jest czego wtedy bali się ludzie.

Film polecam, bo jest świetnym polączeniem doskonałej gry aktorska i dopracowanej fabuły. Może pod koniec wydać się dość naiwny, ale to naprawdę kawał świetnego filmu :-)

“Soylent Green” (1973)

Film futurystyczny. Opowiada o dalekiej (jak na tamte czasu, bo o roku 2022) przyszłości, w której ludzie wyczerpią już ziemskie dobra i zasoby naturalne. Tytułowa “Zielona Pożywka” to jeden z dostępnych syntetycznych produktów “jedzenio-podobnych” sprzedawanych ludziom przez korporacje Soylent Co. Dostępne są jeszcze Soylent Yellow i Soylent Red – reklamowane w filmie jako “wysoko energetyczne koncentraty warzywne”. “Green” to wysoko energetyczny plankton. Niestety nawet takiej papki na wyniszczonej ziemi jest za mało, dlatego jest porcjowany i nie zawsze dostępny, a jego brak prowadzi do zamieszek. Nie trzeba chyba wspominać o tym, że prawdziwe mięso, warzywa czy owoce to towar z najwyższej półki na który mało kto może sobie pozwolić.

Główny bohater, Robert Thorn (w tamtych czasach bohaterowie też musieli mieć “potężne” nazwiska ;-) ), jest detektywem w Nowojorskiej Policji. Mieszka w zdezelowanym, starym mieszkaniu razem ze swoim partnerem Solem – który pamięta jeszcze czasy, w których jedzenie było normalnie dostępne a ziemia była zielona (na takich ludzi mówi się tam “ksiązki”). Jest on emerytowanym profesorem i pomaga Thornowi w jego śledztwach poprzez szukanie informacji w różnych nagraniach czy gazetach (podczas kręcenia filmu, aktor który grał Sola – Edward G. Robinson – był już tak głuchy, że słyszał jedynie kiedy mówiło się prosto w jego ucho. Dlatego w niektórych scenach musiał kontrolować czas – kiedy zacząć mówić. Nie słyszał też kiedy reżyser mówił “cięcie” i często grał dalej. Zmarł on 9 dni po zakończeniu zdjęć do filmu).

W filmie Thorn przydzielony jest do sprawy morderstwa bogatego człowieka, który mieszka ze swoim “meblem” – jak nazywane są tam prostytutki (bo są częścią mieszkania, a klient może je wymienić tak jak kupuje się nowe krzesło) w apartamentowcu i dysponuje alkoholem, mydłem, jedzeniem i książkami (jednym słowem – bogacz). Thorn oczywiście zabiera ze sobą ile może i wraca do własnej ciasnej klitki. Nie wie o tym, że jedna z książek którą dał Solowi to raport z Soylent Corporation, a zamordowany człowiek zasiadał w jej radzie nadzorczej.

Czemu zginał? Tego trzeba dowiedzieć się samemu.

Co do filmu, to religia zostaje “przetworzona” i pozwala na popełnienie samobójstwa (zwanego jako “going home” – powrót do domu). Zamiast duchownego rozmawia się z automatem. Wielkie korporacje rządzą światem. Pokazany jest dramat przeludnienia i co może się stać gdy zabraknie jedzenia. Jak ludzie mogą zniszczyć ziemie. W dwóch scenach bohaterowie płaczą, gdy widzą kawałek normalnego prawdziwego mięsa lub świat taki, jakim był przed ludźmi. A cała fabuła okazuje się wielkim problemem moralnym i pogwałceniem podstawowych ludzkich zasad. A wszystko kręci się w okół tytułowej.. zielonej pożywki.

“Forbidden Planet” (1956)

Przyszłość, odległa planeta. Statek kosmiczny zostaje wysłany by zbadać powód przerwania komunikacji z planetą skolonizowaną przez naukowców. Okazuje się, że przy życiu pozostało tylko dwoje ludzi Dr. Morbius i jego córka Altaira, robot Robby oraz dziwne energetyczne stwory.

Film ten pokazuje strach przed obcymi cywilizacjami, oraz jaki wpływ na nas może mieć za dużo władzy. Pokazuje też strach przez rozwiniętymi cywilizacjami. Co sprawiło, że w ciągu jednej tylko nocy, cała rasa super inteligentnych istot po prostu zniknęła z powierzchni planety?

Do tego gra tam Leslie Nielsen – gdy jeszcze grał poważne role (chociaż sam film jest miejscami zabawny). No i Robot Robby jest klasykiem wśród robotów. Prawdziwe dzieło z lat 50, RoboBrain w Fallout 3 jest zbudowany na jego podstawie (chociaż wg mnie wersja Falloutowska ma o wiele mniej wdzięku ;-) )

To były 3 filmy które zapadły mi w pamięć z tej serii, ale jest ich o wiele więcej. Gdy najdzie mnie filmowy humor, to opisze jeszcze kilka.

Filmy te naprawdę warto zobaczyć. Nie są spłycone przez efekty specjalne, aktorzy naprawdę trudzą się żeby odegrać swoje role jak najlepiej, nie ma komputerów które mogą im “pomóc” (przesuwając środek cięzkości przekazu z gry aktorskiej i fabuły na.. efekty specjalne – ale o tym w innej notce). Co do samych efektów specjalnych to są zadziwiająco dobre – a jednocześnie nie przytłaczające. Są po to, żeby pokazać fabułe, a nie po to, żeby pokazać kto ma większy program do robienia grafiki. No i właśnie sama fabuła (dopracowana i często bez znanych nam dzisiaj z filmów “wygodnych zbiegów okoliczności”) i roztrząsane w tych filmach problemy są jak najbardziej na czasie. Polecam!

Filmy można znaleźć na DVD w bardzo niskich cenach :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink