DB2 V9.x i PHP – co mi da ich mariaż?

02:10, 19 czerwca 2010 roku

| Notka, Opinie, Praca

Dobrych kilka lat temu usłyszałem o powstaniu hybrydowych baz danych. Hybrydowe w poprzednim zdaniu oznacza łączące silniki relacyjne z hierarchicznymi. Z moich informacji, z tego co wiem, wynika, że póki co połączenie XMLa (bo to zazwyczaj jest implementacją hierarchiczności) z relacyjnością zostało dodane w takich bazach jak Oracle czy IBM DB2.

Od tamtego czasu sporo się w bazach namieszało, Oracle przejęło MySQLa, Facebook zrobił własną bazę danych, która aktualnie jest pod opieką fundacji Apache i zwie się Cassandra (zresztą, to co zrobił Facebook z PHPem zasługuje na osobny wpis). Przyszłość bazowa może być bardzo ciekawa :-)

Ale skupmy się na temacie mariażu DB2 z PHP.

Po co?

XHTML to XML. Ten prosty fakt sprowadza się do tego, że możemy zapisywać gotowe kawałki kodu XML w bazie danych w polach XML – wyciągać odpowiednie kawałki, składać ze sobą i “wypluwać” stronę. Proste, ale od czegoś trzeba zacząć.

XML nadaje się świetnie do składowania różnych płynnych danych – jako, że nie narzuca nam z góry formy w której musimy je przechowywać (możemy sami sobie je narzucić poprzez DTD lub XML Schema). W przypadku chęci posiadania wielu adresów klienta, czy wielu numerów telefonu jednej osoby – XML jest lepszą alternatywą, niż tworzenie kolejnej tabeli tylko na któreś z tych danych. PHP jest biedne (miejmy nadzieję, że “jeszcze biedne” a nie “na zawsze biedne”) jeżeli chodzi o modyfikację XML. Jedynym sposobem sensownej modyfikacji jest DOM, który jest o wiele bardziej nieprzyjemny w użyciu niż SimpleXML. Coś za coś, możliwe, ze udostępnię w jakimś czasie klasy do modyfikacji PHP pozwalające na dowolną modyfikację XMLa z łatwością SimpleXMLa.

XML w połączeniu z XSLT może robić za świetną warstwę danych i wizualizacji. Przy pomocy XSLT możemy przetworzyć dowolny plik XML do.. dowolnego innego formatu opartego na tekście. W naszym kontekście oznacza to możliwość przeniesienia warstwy widoku na klienta. Do klienta wysyła się plik XML z danymi (za każdym razem w odpowiedni sposób zmodyfikowany – aby odzwierciedlić dane które są aktualne), oraz szablon XSLT który parsuje XML do XHTMLa i pokazuje użytkownikowi za pomocą przeglądarki. To jest dość ciężki punkt, gdyż trudno w XSLT tworzyć dynamiczne linki (składać atrybut node’a XMLowego z kilku wartości). Ale przy odpowiednim przetworzeniu XMLa po stronie PHP, żeby lepiej nadawał się do parsowania przez XSLT – jest to do zrobienia.

Pierwsze dwa punkty były dość trywialne. Ot, kolejna opcja do rozwiązania dość popularnego problemu. Mająca swoje minusy i plusy – wybrać można co się chce.

Trzeci punkt to zupełnie nowe (a może już nie takie nowe i ktoś już tak robi?) podejście do parsowania stron i pokazywania ich klientowi. Parsowanie szablonu i upychanie do niego odpowiednich danych to jest ból i dla serwera i dla ludzi którzy muszą uczyć się specyficznego, użytego w naszym projekcie, języka szablonów.

Tak naprawdę XSLT jest, znów, kolejnym językiem do nauczenia.. ale w odróżnieniu od Smarty czy OPT spełnia więcej niż jedną funkcję i można go zastosować do dowolnej transformacji dowolnego pliku XML – ma to swoje plusy.

Co do serwera to zostaje on odciążony od tego – klient dostaje XML i XSTL i to jego przeglądarka zajmuje się przetworzeniem szablonu i wrzuceniu w niego danych – to jest piękne. Oczywiście to serwer może przetwarzać XMLa do XSLT przy użyciu np. XSL i klient dostaje już gotowego XHTMLa (ale skrótów, uff :-) ). Np. jeżeli nie chcemy udostępniać użytkownikowi XMLa z danymi.

Przy użyciu jednego zestawu danych XML możemy dostarczyć stronę na wiele platform przy użyciu różnych szablonów XSLT.

Wszystko to co powyżej opisałem da się zrobić przy użyciu DB2 w połączeniu z PHP.

Mam wrażenie, że nie wszystko zostało tu napisane, więc temat będę jeszcze rozwijał. Postaram się też opublikować kod implementujący te rozwiązania. Opis instalacji DB2 na Linuxie i połączenie z PHP znajdziecie na moim blogu parę postów niżej.


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

FOnline: 2238 – MMORPG oparte na Fallout 2 – czy może być lepiej?

05:52, 28 marca 2010 roku

| Ciekawe strony, Gry, Opinie

Nawet nie wiem od czego zacząć tego posta. Kilka godzin temu jeszcze nie miałem zielonego pojęcia, że taka gra.. mod.. gra? Wersja! Fallout’a 2 istnieje. Ale istnieje. I.. ma się dobrze (jak na wczesną wersję beta ;-) ).
Jeżeli tylko posiadacie Fallout’a 2, to ściągajcie klienta do FOnline i grajcie!

Gra robiona jest za darmo w wolnym czasie developerów. Gra się za darmo. Brzmi jak coś, co nie może być dobre – a tu.. można się naprawdę zdziwić. Rozgrywka wygląda.. jak Fallout 2. Ale z dodatkami. Jest crafting, jest handel. Można mieć frakcje, można nawet przejmować miasta. Tylko dwa z nich mają własną straż i są bezpiecznym miejscem dla początkujących – NCR i Vault City.

Widać, że podejście do tematu MMORPG jest świeże. O wiele bliższe grze w Ultima Online niż w WoW’a – nie tylko dlatego, że grafika jest prehistoryczna. Głównie dlatego, że gra jest dość brutalna jeżeli chodzi o obchodzenie się z nami. Giniesz? No to wszyscy zbierają z Twojego ciała przedmioty i zaczynasz goły. Tak, zupełnie goły. Zostają umiejętności i poziom postaci, ale cały sprzęt jest już czyjąś własnością. A bardzo łatwo jest zginąć – nawet przy “random encounters” ( których jest cała masa ).

Nie ma latania na gryfonach na zawołanie – świat poszedł do przodu, jest kolej, ale na pociąg trzeba poczekać ( czas leci 20x szybciej niż w rzeczywistości ).

Crafting – można zbierać zasoby po stworkach które się ubije, można zbierać drewno, xandeer root, kwiatki, szmelc.. sporo rzeczy. Z brahminów zbiera się skórę z której to można zbudować sobie namiot. To taki nasz “safe place” gdzie trzymamy rzeczy, żeby nikt nam ich nie udziabał. Ale jeżeli ktoś przypadkiem trafi na nasz namiot – to papa przedmioty.

Fajnym pomysłem jest też nanoszenie na ekran gry ( jeżeli tego chcemy ) zasięgu naszej broni oraz pola widzenia który ma nasza postać. Jeżeli ktoś w grze mówi, lub krzyczy i nie widzimy tej osoby – to przy jego/jej wiadomości jest znak zapytania, a nie jej imię. Według mnie genialne. Możemy natomiast porozumiewać się z innymi za pomocą radia – krótkofalówki (która, z tego co pamiętam, w Fallout 2 Fallout 1 ( dzięki Torvik za poprawkę :-) ) miała tylko jedno zastosowanie w drugiej połowie gry ).

Można też tworzyć drużyny. Dzięki czemu podróżujemy po mapie razem. Można też tworzyć własne karawany.

No i coś co przypomina mi Entropia Universe – praca dla zupełnie początkujących. Jako nowy gracz możemy czyścić zagrody dla brahminów z ich placków, zdobywając w ten sposób trochę doświadczenia i capsów na początek.

Nie wiem jak jest z legalnością tego projektu. W końcu używają w nim plików z Fallout 2. Plików i fabuły. Zresztą. Lokacje z gry to mieszanka obu pierwszych części gry – więc świat jest ogromny. Trzeba też przyznać nowym twórcom, że wprowadzonych przez nich rzeczy trzyma poziom oryginału. Jest też sporo questów dodanych przez nich. No i.. nie ma żadnych latających nad głowami NPC’ów żółtych trójkąto-strzałek krzyczących “tu jestem! tutaj quest! zrób mnie!”.

I jeszcze jedna ważna i uciążliwa kwestia – jako, że jest to wersja beta to występuje tu kilka nieciekawych rzeczy: częste wipe’y serwera – kiedy to cała nasza praca idzie na marne i trzeba zaczynać od zera, gra czasem się wywala (tak, naprawdę czasem – w odróżnieniu od “często”), są bugi i inne babole. Co nie zmienia faktu.. mniam! Trzymam kciuki za rozwój i będę się temu przyglądał z bliska.

A na deser.. (kto mi powie co to za lokacja i kto jest w pokoju oprócz mnie i złodzieja rocho? ;-) )


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (2) | Permalink

Bojkotuj IE6!

19:33, 29 lipca 2009 roku

| Ciekawe strony, Notka, Opinie, Praca

Wreszcie wielcy tego świata (no, Internetu ;-) ) wzięli się na poważnie za bojkotowanie Internet Explorera 6. Każdy kto robi strony zna ból optymalizacji wyglądu, JavaScript’a itp. Zaczął YouTube. W Polsce wziął się za to epuls.pl .

Chociaż najlepiej gdyby zrobiła to nasza-klasa.pl która przyciągnęła przed komputery rzeszę ludzi którzy z Internetu prawie w ogóle do tej pory nie korzystali. A to właśnie brak świadomości komputerowej prowadzi do ignorancji.

Od marca w Polsce trwa akcja stop IE6, która ma na celu obniżenie, do końca roku, liczby internautów korzystających z IE6 do mniej niz 5%. Według ranking.pl, od początku roku, udział IE6 w rynku przeglądarek w Polsce spadł o 10% z 24% do 14% – tak więc wszystko jest na dobrej drodze :-)

W skrócie: czemu IE6 to przeżytek?

Jest to przeglądarka która liczy sobie ponad połowę wieku internetu. Istnieje od 2001 roku. Microsoft dawno przestał ją wspierać i tworzyć do niej aktualizacje.

To jak używać magnetofonu w erze CD, video w erze DVD, albo jak to ujęli trafnie na ie6.pl czarno-białego, 35cio letniego telewizora w erze telewizji HD.

Czy byłby sens wymyślania HD skoro ludzie maja antyczne telewizory?

Jasne, kupienie telewizora oznacza wydanie pieniędzy. Ale w przypadku Windows’ów mamy wiele możliwości: aktualizacja systemu do nowszej wersji, wgranie update’ów (w XP można zaktualizować system i mieć choćby IE7), możesz zainstalować też dowolną inną przeglądarkę taką jak FireFox, Opera, Chrome.

Jeżeli masz pirackiego windows’a  to nie masz wyboru i musisz wgrać FF, Opere albo Chrome.

Jeżeli siedzisz w pracy i nie masz wpływu na to co jest zainstalowane na Twoim komputerze, to idź do administratora systemu z jakimś dobrym piwkiem albo kilkoma i podaj mu link do http://ie6.pl – niech poczyta i zrobi wam w firmie update – to nie kosztuje nic, oprócz jego czasu.

No, chyba, że Twoj szef nie chce, żebyś oglądał strony w pracy ;-) wtedy zostanie przy IE6 na pewno się sprawdzi, bo niedługo żadna strona nie będzie tej przeglądarki obsługiwać ;-)

Zeno.pl przyłącza się do tej chwalebnej akcji! :-)

Portale, które tworzymy w ramach firmy, nie będą obsługiwać wszystkich funkcji przy korzystaniu z IE6. Nie będą też zawsze wyglądać tak jak ich wersje pod teraźniejsze przeglądarki. Czas który spędzilibyśmy optymalizacją pod IE6 zostanie zagospodarowany na robienie nowych rzeczy.

Będziemy też odradzać klientom używanie IE6, ale jeżeli ktoś sie uprze, to stworzymy stronę również w takiej wersji. Natomiast grafika będzie wtedy odpowiednio dostosowana pod IE6 i cudowną ere kwadratowych, ciężkich stron na tabelkach ;-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

Czemu PHP a nie ASP lub JSP?

11:36, 26 lipca 2009 roku

| Opinie, Praca

Ostatnio ktoś mnie zapytał “czemu akurat PHP?”.

Gdy stałem przed wyborem języka w którym będę tworzył strony/aplikacje internetowe zrobiłem rozeznanie w terenie.

ASP oznacza IIS Microsoftu. Cóż, mimo, że pracuje na Windowsie (tak, pracuje na Windowsie), to nie ufam temu systemowi jako systemowi na serwer. Poza tym Windows oznacza licencję, co oznacza wydawanie pieniędzy. Gdy ma się 16 lat wizja kupowania Windows Server jest przerażająca. Chociaż dziś, po 7 latach, nie zmienił bym zdania ;-)

No i kurde.. serwer który musi mieć odpaloną grafikę? Nieee.. to nie jest normalne.

JSP oznacza Javę. Java jest ciężka. Maszyna wirtualna to narzut. Java nie jest demonem prędkości. Jedyny plus Javy to przenośność. Ale ten sam plus ma PHP. Do pisania aplikacji internetowych JSP sie nie nadaje. Grono przeszło na Pythona, strona Plus GSM bardziej nie śmiga niż śmiga..

Stanęło więc na PHP. W końcu język ten został stworzony po to, żeby pisać aplikacje internetowe. Kod działa na każdym systemie na którym można zainstalować serwer WWW który go obsługuje (Apache, lighthttpd, you name it..). Kod jest szybki, język się rozwija. A ja lubie Open Source i wszystko co się z nim wiąże (tak, wiem, Zend trzyma łapę na PHP, ale to co się dzieje z PHPem jest wg mnie bardzo sensowne).

Koszty związane z PHPem to dobra książka która go nauczy i łącze do internetu :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (4) | Permalink

“The day that the Earth stood still” (“Dzień w którym zatrzymała się Ziemia”), remake.

05:33, 18 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie, SciFi 50-70

Niedawno w Polsce weszła do kin nowa wersja filmu “The Day that the Earth stood still”, którego pierwowzór powstał w 1951 roku.

Jeżeli ktoś z Was chce iść na to do kina, lepiej wydać pieniądze na DVD ze starą wersją ;-)

Czemu?

Jakiś czas temu pisałem o tym filmie w notce o filmach SciFi z lat 50-70 ubiegłego wieku. W oryginale w USA, w Waszyngtonie ląduje UFO, z którego to wychodzi obca forma życia w ciele człowieka i zostaje postrzelona przez nerwowego żołnierza. Po krótkim pobycie w szpitalu, w którym to bardzo szybko dochodzi do zdrowia, uprzedza wysłanników rządu USA, że chce porozmawiać z liderem Ziemi. Film dzieje się niedługo po końcu II Wojny Światowej, trwa Zimna Wojna, więc nie ma zbytnio możliwości porozmawiać na raz z prezydentami USA i Rosji, a co dopiero wszystkich państw na raz.

W późniejszej części filmu Klaatu (bo tak nazywa się kosmita) ma okazję zjeść kilka śniadań ze współlokatorami – przedstawicielami kilku różnych klas społecznych i stereotypowych ludzi żyjących w tamtych czasach w Ameryce. Rozmawiają oni o obecnej sytuacji, czemu kosmita wylądował, czego chce i co będzie później. Nie wiedzą, że właśnie spożywają posiłek z głównym bohaterem tego zamieszania. Ich poglądy i dyskusje w bardzo fajny sposób pokazują podejście ludzi do takiej (dość abstrakcyjnej) sytuacji.

Autorzy poprzedniej wersji starali się przedstawić nam swoje przemyślenia o tym jaki jest wszechświat, co by było gdyby kosmici istnieli i gdyby do nas przylecieli. Jaki wpływ na Ziemię mają ludzie i co z nami będzie za kilkadziesiąt lat. Skupili się na tych zagadnieniach, niczym więcej. Ubrali to w typową jak na tamte czasy fabułę (żeby się dobrze oglądało) i wypuścili “do publiki”. Film jest ciekawy, zmusza do myślenia i fajnie się go ogląda ( mimo ;-) braku efektów specjalnych ).

Nowa wersja jest pełna efektów specjalnych. Wiele wątków fabularnych zostało dotkniętych, ale żaden nie został skończony ( to chyba domena większości filmów które powstają w ostatnich latach w USA – “Project: Monster” chociażby). Sam film też się właściwie nie kończy.

Z jednego UGO zrobiono setkę maszyn na całej kuli ziemskiej. Jeden kosmita stał się dwoma kosmitami. Rozmowy z wieloma ludźmi o tym jacy są ziemianie została przerobiona (też dość typowo) na rozmowę z “mądrym dzieciakiem”. Ratowanie reputacji ziemian zostało spłycone do kilku “niby wartościowych” scen o naszych wspaniałych uczuciach – które zostały nakręcone dość nieudolnie, wiec ja, jako użytkownik filmu w ogóle tego nie poczułem. Do tego kilka stereotypowych scen o tym jacy ludzie są źli.

Gratulacje należą się Johnowi Cleesowi (tak, temu z Monty Pythona) za odegranie poważnej (sic!) roli profesora który stara się przekonać Klaatu do oszczędzenia Ziemi i naprawdę robi to z klasą. Chociaż dowcip który w tej scenie występuje również jest nieudolny.

Podsumowując film jest zlepkiem scen które mają nas skłonić do zastanowienia się nad tym jacy jesteśmy dla naszej planety (a przynajmniej wydaje mi się, że tak ma być) ale głownie są tu efekty specjalne, naciągana fabuła która tak naprawdę nie porusza w żaden sposób oraz efekty specjalne. Historia została przerobiona i, według mnie, straciła na tym bardzo. Postacie wydają się sztuczne i naciągane, nie są przekonujące. Akcje które podejmują nie trzymają się “kupy”. Jest strasznie dużo skrótów, brak pokazania podstaw do podjęcia jakiejś decyzji – czyli chociażby tego czemu ktoś zmienił zdanie. No i te efekty specjalne tak naprawdę nie zachwycają. To wszystko składa się na, według mnie, marny film. A szkoda, bo miał on duży potencjał.

Tak jak już pisałem – polecam oryginał, jest lepszy.


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Moja Interpretacja filmów z notki o Świętach

15:57, 07 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie

Tak jak obiecałem piszę o filmikach z notki świątecznej. Ale najpierw..

Wszystkiego dobrego w nowym roku ;-)

Święta to komercha. Kiedyś (w Polsce nie tak dawno – PRL blokował komerche ;-), a na świecie dawniej ) magia Świąt polegała na tym, że siadało się z rodziną przy stole, spędzało z nią czas. Dzieci myślały o prezentach, a jakże, ale nie to było najważniejsze. Święta miały swoją magie, szanowaliśmy je. Okres beztroski, podsumowania roku (co jest bez sensu, ale nieważne). Generalnie czas pozytywny i refleksyjny :-)

Aktualnie sytuacja ma się trochę inaczej.

Świętych Mikołajów są setki, na każdym kroku – każdy chce nam coś wcisnąć. A spowszechnieli nam już na tyle, że zupełnie ich nie zauważamy i w pewnym sensie “olewamy”. Nie czekamy na tego jednego jedynego grubaśnego staruszka w czerwonym wdzianku który położy nam prezenty pod choinką gdy zaświeci pierwsza gwiazdka.

Świąt się nie szanuje, w święta się kupuje – im więcej, tym lepiej – dla producentów i dystrybutorów. A wszystko napędza marketing.

Przy takim zapotrzebowaniu na Mikołajów trzeba łapać ich więcej (zauważcie numer na wdzianku pierwszego Mikołaja – 1409). Przesyła się ich potem jako.. produkty (sic!) do różnych firm, żeby wciskali nam jakieś niepotrzebne nam przedmioty czy usługi. Teraz wiecie czemu jest tylu mikołajów na ulicach i skąd się biorą. Widzicie też ile przecierpieć musi Święty i ile czasu trzeba w to włożyć żeby stał się on przystosowany do ludzkich wymogów.

Przez brak szacunku (palenie, picie, przeklinanie przy nim – lekceważenie ogólnie przyjętych zasad dobrego postępowania), czuły na takie rzeczy, Mikołaj ponownie dziczeje i.. musi zginąć. Czyli nasz brak szacunku dla Świąt zabija je (ich atmosferę). A pokazane jest to w odpowiednio wstrząsający sposób. I przez to populacja Mikołajów może wyginąć!

A gdy nie będzie Świętych to i świąt nie będzie..

A co Wy o tym myślicie?


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (8) | Permalink

Ho ho ho merry Xmass

11:29, 24 grudnia 2008 roku

| Opinie

Nie jestem zbytnio Świątecznym człowiekiem. Nie lubię przepełniającej wszystko komerchy, przymusu kupowania prezentów, sztucznie tworzonej i nakręcanej atmosfery. Wyznaje zasadę, że każdy dzień jest ważny, każdego dnia można zrobić coś dobrego dla drugiego człowieka i nie trzeba wyrażać tego przez jakieś przedmioty.

Pewna grupa Fińskich twórców reklam i krótkich filmów zrobiła parę lat temu, wielokrotnie nagradzany film.. który jest dość kontrowersyjny, ale pokazuje wszystko to, co jest nie tak ze świętami w dzisiejszych czasach. Jak ludzie traktują święta, co dla nich znaczą, jak bezczeszczą tradycję – niekoniecznie chrześcijańską, również społeczną.

Nie jest słodki, nie jest miły – jest brutalny i mocny. Jest też po angielsku. Poniżej wklejam obie jego części. Moją interpretacje tych filmów napiszę za kilka dni. Kiedy już zdążycie to sobie samemu obejrzeć i przemyśleć.

A wszystkim tym którzy cenią takie wartości jak spokój, rozsądek, rodzina, przyjaźń, wspólny czas.. i nie biegają jak koty z pęcherzem po wyprzedażach, promocjach, szukając czegoś bez czego na pewno nie da się przeżyć świat.. życzę spokoju ducha, odpoczynku od zgiełku, szczęśliwej rodziny i powodzenia w takim życiu jakie sobie wybraliście!

(poniższe filmy nie są dla osób o słabych nerwach i małym dystansie do świata)

Rare Exports Inc. Finland

(link do wersji z polskimi napisami – nie gwarantuje, że są dobre – ok, są do dupy w sumie, ale lepsze to niż nic)

Rare Exports Inc. Finland – Official Safety Instructions

(link do wersji z polskimi napisami – nie gwarantuje, że są dobre – ok, są do dupy w sumie, ale lepsze to niż nic)

Uczcie się angielskiego!


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (4) | Permalink

Internet nielegalny? Przy okazji nowelizacji Kodeksu Karnego

01:19, 21 grudnia 2008 roku

| Notka, Opinie

Są w Polskim prawie takie przepisy jak brak możliwości prowadzenia samochodu osobowego kierowcom z kategorią “D” (autobus), przymusem rejestracji w sądzie stron internetowych aktualizowanych częściej niż raz na miesiąc (jako jakaś forma gazety) lub przymusie posiadania (wyrabianego co rok) zaświadczenia o nie wykonywaniu usług transportowych przez osoby prowadzące firmy i posiadające samochody ciężarowe (tak! w Polsce trzeba wyrabiać sobie zaświadczenie o tym, że _nie_ prowadzi się tej działalności – dobrze przeczytaliście i trzeba dodać, że takie zaświadczenie to około 120-540zł).

Właśnie dostałem linka od mojego qmpla Uapy do artykułu na blogu Vagla dotyczącego nowelizacji Kodeksu Karnego. Nowelizacja weszła w życie 18 grudnia tego roku i dotyczyła zagadnień “hackingu” oraz “pornografii”. Ale znów przypomniał o sobie inny przepis zawarty w jednym z nowelizowanych artykułów i myślę, że może on spokojnie stanąć obok tych wymienionych powyżej.

A o czym mowa? O takim oto sformułowaniu

1. Kto wytwarza, pozyskuje, zbywa lub udostępnia innym osobom urządzenia lub programy komputerowe przystosowane do popełnienia przestępstwa określonego w art. 165 § 1 pkt 4, art. 267 § 3, art. 268a § 1 albo § 2 w związku z § 1, art. 269 § 2 albo art. 269a, a także hasła komputerowe, kody dostępu lub inne dane umożliwiające dostęp do informacji przechowywanych w systemie komputerowym lub sieci teleinformatycznej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Czemu to zdanie jest złe? Otóż wyobraźcie sobie, że każdy link który jest w internecie, każdy podlinkowany kawałek tekstu, to są dane umożliwiające dostęp do informacji przechowywanych w systemie komputerowym lub sieci teleinformatycznej. Klikając w linka uzyskujecie dostęp do strony internetowej (która jest plikiem na serwerze będącym systemem komputerowym w sieci teleinformatycznej). Tworząc tą notkę tworze nowego linka za który będą mi grozić 3 lata odsiadki, ale zaryzykuje ;-) Każdy polityk posiadający stronę internetową (wliczając w to prezydenta) łamie prawo. Każda firma posiadająca stronę internetową łamie prawo.

Śmiać mi się chce, gdy dowiaduje się o takich rzeczach. Zaraz potem dochodzi do tego zażenowanie. Czemu w tworzeniu prawa nie biorą udziału ludzie którzy znają się na rzeczy i którzy maja na tyle otwarte umysły, żeby móc odnieść to co tworzą do rzeczywistego świata i rzeczywistych sytuacji? Kłania się umiejętność czytania ze zrozumieniem.

Dochodzi do tego kolejne pytanie: czemu przy tej nowelizacji nie usunięto tego, wielokrotnie krytykowanego, sformułowania?

A co powiecie na pospolite ruszenie praworządnych obywateli i powiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez wszystkich polityków?

Update:

Dzięki Tirpitzowi mam tutaj opinię karnistki:

Przepis art. 269b kk obowiązuje od 2004r. Obecna zmiana tego przepisu jest wynikiem zmiany przepisu art. 267 k.k. i tyle.Przepis zawsze budził kontrowersje ale przepis ten dotyczy tylko takich urządzeń lub programów, które celowo zostały przystosowane do popełnienia przestępstw w nim wymienionych, a przyjmuje się że karalne są zachowania podejmowane przez osoby nieuprawnione.Przepis pozwala np ścigać operatorów witryn internetowych udostępniających narzędzia programistyczne służące do powodowania obciążeń systemów komputerowych, osób umieszczających odnośniki (linki) do zasobów zawierających takie oprogramowanie oraz osób tworzących i rozpowszechniających wirusy komputerowe.
Po obecnej nowelizacji tak naprawdę nic szczególnego nie zmienia się, a tytuł artykułu ma charakter histeryczny.

Dodam jeszcze tylko od siebie że ten “pakiet” przepisó wszedł w życie na potrzeby UE.

Problem jest według mnie w tym, że w przepisie nie jest napisane, że odnosi się tylko do takich urządzeń, programów lub do osób nieuprawnionych. To jest “tylko” interpretacja osoby która ma zdroworozsądkowe podejście do sprawy. I dobrze, że tacy ludzie są i pewnie stanowią większość sędziów.

Pytanie, czy jeżeli ktoś miał by ochotę wnieść sprawę taką do sądu, to czy miała by ona w ogóle rację bytu?
No i czemu nikt nie czuje potrzeby zmiany tego przepisu, skoro jest niejednoznaczny?


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (15) | Permalink

Fallout 3 – recenzja

08:13, 18 grudnia 2008 roku

| Gry, Notka, Opinie

Grałem w Fallouta 3 od jakiegoś czasu. A właściwie “pogrywałem” (praca ważniejsza niż granie ;-) ). Na grę wszyscy czekaliśmy 10 lat. W przeciągu tego czasu rosły oczekiwania. Czy Fallout 3 od Bethesdy spełnił moje? Przeczytaj poniżej.

Niedawno skończyłem grać w w Fallouta 3. Pisząc “skończyłem grać” mam na myśli “zakończyłem podstawowy wątek fabuły”. Do obejrzenia zostało mi jakieś 70% lokacji – to nie jest dobre, a dalej jest jeszcze gorzej.. Zdążyłem już ochłonąć i przemyśleć to co widziałem i wyrobić sobie o tym wszystkim konkretne zdanie.

Moja opinia w jednym zdaniu brzmi:

“Chyba mieli za mało czasu.”

Dlaczego?

Podstawowy wątek fabuły jest świetnie dopracowany. Podobnie lokacje w których trzeba być. Lokacje w których nie trzeba być potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć, ale potrafią też być miejscem.. mordowni – i człowiek chodzi i szuka.. a tu się okazuje, że tylko i wyłącznie miał trochę amunicji “zmarnować”. To boli. Bo naprawdę widać olbrzymie pokłady niewykorzystanego potencjału. A mogło być milion razy lepiej niż jest. Jest “zaledwie” całkiem nieźle.

Męczy natomiast to, że kilka ładnych godzin przed końcem głównej lini fabularnej i nie zwiedzeniu 70% lokacji gry osiąga się maksymalny poziom doświadczenia (20). Nie jest to za fajne, bo zostało tyle perków do wypróbowania.. tyle lokacji do odkrycia, tyle expa do zdobycia. I owszem, zdobywa się je dalej.. ale cholernie wolno i nie do końca wiem czy kolejny poziom expa daje możliwość wybory perka bo nie udało mi się jeszcze nabić kolejnego levela.

Po przejściu gry – nie można grać dalej, więc lepiej zwiedźcie wszystko zawczasu! Koniec gry również jest jakiś.. niedorobiony – jakby gościom z Bethesdy skończyły się pomysły. Nie jest tak ekscytujący czy porywający jak niektóre sytuacje wcześniej.

Wymiar konsolowy gry jest dobijający – częste blokady przejścia tam, gdzie nic nie blokuje nam drogi. Niedorobione skakanie i brak możliwości wspinania się. Zawsze gdy postać stoi przy murze nie można podskoczyć – trzeba się trochę odsunąć, a wtedy często tracimy podporę i spadamy. Małą pierdołką jest to, że jak spojrzymy w dol, to nie widać naszych nóg – bardzo brakuje mi tego w grach. Ale to już czepialstwo.

W wielu questach czy miejscach dostajemy po oczach napisem: “You cannot use this yet” albo “You cannot use this now”. W jednej tylko lokacji – wirtualnej rzeczywistości – jest “System prevents you from using this now” – co jest zrozumiałe. Ale czemu, do jasnej ciasnej, dają nam po oczach napisem “You cannot use this yet”? – przecież to absurd. Zwykłe lakoniczne “You don’t know how to use this” byłoby lepsze. Szczególnie, że takie zdania odnoszą się do całkiem normalnych przedmiotów, w normalnych sytuacjach. Jak to nie umiem użyć.. przycisku? I czemu jest tutaj “yet”. Żeby gra była debiloodporna? Wzdech.

Opisy questów są mało dokładne – oczywiście tych pobocznych – główne opisane są nieźle. Samych questów pobocznych jest bardzo mało. Duża część postaci które się zabija ma imiona, ale i tak od razu atakują. Pewnie da się z nimi porozmawiać jak się ma niską karmę. Ale nie sądzę żeby było to więcej niż “co mogę u Ciebie kupić?”. Jeżeli chodzi o questy to Fallout 3 leży. Tylko główna linia fabularna i niektóre questy podrodze w lokacjach głównej linii fabuły są ciekawe ponad niski standard ale i tak większość z nich jest niedopracowana.

Jedna rzecz zasługuje na uznanie – włączenie czasu jako składnika decydującego o tym, że ludzie coś wiedzą o queście. Jeżeli ukończy się jakiś to musi minąć trochę czasu aż Three Dog zacznie mówić o tym w radiu i osoby zainteresowane questem będą o tym wiedziały. To jest bardzo bardzo fajne i Bethesda ma za to u mnie dużego plusa.

Grafika

Odkąd na moim sprzęcie mogę grać przy maksymalnych detalach to zacząłem doceniać grafikę. Jak dla mnie jest bardzo fajnie dopracowana, jest dużo szczegółów, dużo przedmiotów. Modele są ciekawe, efekty światła, noc dzień chmurki postacie. Z paczka tekstu high endowych jest jeszcze ładniej.

No dobra, ja nie umiem pisać o grafice – dla mnie liczy się grywalność i miodność ;-)

Podsumowanie

Podsumowując jest nieźle jeżeli tylko chce się poznać fabułe i przejść grę. Jest gorzej gdy liczymy na fajne subquesty. Jest jeszcze gorzej jeżeli liczymy na granie bez zużywania zbyt dużych pokładów amunicji – w 95% questow trzeba kogoś rozwalić bezpośrednio. Poza tym – bez strzelania trudno zdobyć doświadczenie.

Liczyłbym na rozwój gry w patchach – ale to raczej niemożliwe. Mam nadzieje, że ukaże się jakiś dodatek rozwijający fabułę w podstawowej grze.

Jestem zawiedziony ale rozumiem czemu jest tak jak jest, dlatego daje Falloutowi 8,5/10 w rankingu Zenobiusa :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Sci-Fi z lat 50-70 ubiegłego wieku

20:08, 04 grudnia 2008 roku

| Notka, Opinie, SciFi 50-70

W ostatni weekend na TCM odbywał się “Weekend z SciF”. I jak to na TCM – leciały filmy z lat 50-70. Te lata były bardzo ciekawe pod względem tego rodzaju filmów. Była to epoka kiedy “cybernetyka” (słowo informatyka w Polsce zostało zaproponowane w 1968 rok, wcześniej używano terminu “cybernetyka“) dopiero zaczynała się rozwijać (pierwszy komputer klasy PC “dla ludzi” powstał w roku 1981 i był to IBM-PC oraz Apple Macintosh w 1984. Sam miałem, od 1986 roku komputer IBM PC AT, z 12MHz z Turbo, 8MHz bez, 648kb RAMu i 20Mb dysk), natomiast było wiadomo już dokąd będzie zmierzać.

Ludzie zastanawiali się wtedy, zafascynowani tą technologią, co będzie gdy stworzymy inteligentne komputery. Co zrobią nam roboty, androidy, cyborgi? Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie czy moralnie. W końcu, czy będzie można zrobić niewolników z istot zakutych w stalowy pancerz? Czy istota stworzona przez nas inaczej niż przez.. no.. naturalny sposób ;-) jest gorsza od człowieka? Co zrobić z myślącą maszyną? I co ważniejsze.. co ona może zrobić z nami? Nad tym samym zastanawiamy się dziś, ale jednak, wtedy była to zupełna fantastyka. Technologia nie była znana, więc w głowach ludzi (w tym, na nasze szczęście scenarzystów i reżyserów) powstawały pomysły nie z tej ziemi.

A propos “nie z tej ziemi” drugą rzeczą inspirującą ludzi był “wyścig zbrojeń” kosmicznych – kto pierwszy poleci w kosmos, kto wyląduje na księżycu itd. (pierwszy człowiek w kosmosie, Jurij Gagarin znalazł się tam 12 kwietnia 1961 roku).

Ludzie bali się wszechświata, bali się obcych cywilizacji które mogą go zamieszkiwać. Skoro jest tyle planet to czy tylko na naszej rozwinęło się inteligentne życie?

Wszystko to było motorem do tworzenia filmów SciFi. Większość z nich jest dość naiwna (dla nas, dzisiaj), ale przekazuje dużo wiedzy o tym, co myśleli ludzie w tamtych czasach. Do tego, zazwyczaj, fabuła jest zaskakująca, a roztrząsane problemy moralne są ciekawe i trudne. Są abstrakcyjne, ale trzeba się kiedyś nad nimi zastanowić.

Nie chce tu pisać o klasycznych filmach które wszyscy znają. Oczywiście nie ujmuje tu nic filmom takim jak “Odyseja Kosmiczna 2001″ czy “Łowca Androidów”, bo są to naprawdę genialne dzieła. Ale wole popisać o filmach takich jak…

OSTRZEGAM ŻE PONIŻEJ ZNAJDUJĄ SIĘ OPISY CZĘŚCI FABUŁY!

“The day that earth stood still” (1951)

Niedługo trafi do kin nowa wersja tego filmu (kolejna przeróbka, po “I am legend” które jest remakiem filmu “Omega Men”) . W oryginale opowiada on o kosmicie (Klaatu) i robocie (Gort) który mu towarzyszy. Przylecieli oni na Ziemię w środku Zimnej Wojny i oczywiście wylądowali w USA. Klaatu chce się spotkać z przywódcą Ziemi, ale okazuje się, że ludzie są podzieleni na państwa i są ze sobą skłóceni (zimna wojna). Na dodatek, podczas wychodzenia ze swojego statku, Klaatu zostaje postrzelony przez żołnierza. Na szczęście jego ciało jest ludzkie a rana nie jest poważna – więc trafia on do szpitala.. z którego ucieka, by poznać życie na ziemi.

Mamy więc obcą rasę, mamy robota. Jest groźba anihilacji ziemi, gdyż Gort należy do rasy super robotów, stworzonych przez obce cywilizacje, które mają strzec pokoju w całym wszechświecie – niszcząc wszystko co temu zagraża. Robot nic nie mówi, jest humanoidalny, cały srebrny i oczywiście niezniszczalny. Stoi i pilnuje statku którym przyleciał razem z Klaatu. Kosmita natomiast przez pewien czas mieszka z kilkorgiem ludzi w wynajętym pokoju w kamienicy, gdzie rozmawia z nimi przy wspólnym śniadaniu. Dzięki tej prostej zagrywce fabularnej możemy poznać zdanie kilkorga kluczowych w tamtych czasach stereotypowych amerykanów. Wywiązują się rozmowy o kosmicie, statku kosmicznym i robocie. Omawiany jest możliwy cel ich wizyty, to co mogą nam zrobić i co my mamy zrobić w obliczu takiej sytuacji. W tym miejscu pokazane jest czego wtedy bali się ludzie.

Film polecam, bo jest świetnym polączeniem doskonałej gry aktorska i dopracowanej fabuły. Może pod koniec wydać się dość naiwny, ale to naprawdę kawał świetnego filmu :-)

“Soylent Green” (1973)

Film futurystyczny. Opowiada o dalekiej (jak na tamte czasu, bo o roku 2022) przyszłości, w której ludzie wyczerpią już ziemskie dobra i zasoby naturalne. Tytułowa “Zielona Pożywka” to jeden z dostępnych syntetycznych produktów “jedzenio-podobnych” sprzedawanych ludziom przez korporacje Soylent Co. Dostępne są jeszcze Soylent Yellow i Soylent Red – reklamowane w filmie jako “wysoko energetyczne koncentraty warzywne”. “Green” to wysoko energetyczny plankton. Niestety nawet takiej papki na wyniszczonej ziemi jest za mało, dlatego jest porcjowany i nie zawsze dostępny, a jego brak prowadzi do zamieszek. Nie trzeba chyba wspominać o tym, że prawdziwe mięso, warzywa czy owoce to towar z najwyższej półki na który mało kto może sobie pozwolić.

Główny bohater, Robert Thorn (w tamtych czasach bohaterowie też musieli mieć “potężne” nazwiska ;-) ), jest detektywem w Nowojorskiej Policji. Mieszka w zdezelowanym, starym mieszkaniu razem ze swoim partnerem Solem – który pamięta jeszcze czasy, w których jedzenie było normalnie dostępne a ziemia była zielona (na takich ludzi mówi się tam “ksiązki”). Jest on emerytowanym profesorem i pomaga Thornowi w jego śledztwach poprzez szukanie informacji w różnych nagraniach czy gazetach (podczas kręcenia filmu, aktor który grał Sola – Edward G. Robinson – był już tak głuchy, że słyszał jedynie kiedy mówiło się prosto w jego ucho. Dlatego w niektórych scenach musiał kontrolować czas – kiedy zacząć mówić. Nie słyszał też kiedy reżyser mówił “cięcie” i często grał dalej. Zmarł on 9 dni po zakończeniu zdjęć do filmu).

W filmie Thorn przydzielony jest do sprawy morderstwa bogatego człowieka, który mieszka ze swoim “meblem” – jak nazywane są tam prostytutki (bo są częścią mieszkania, a klient może je wymienić tak jak kupuje się nowe krzesło) w apartamentowcu i dysponuje alkoholem, mydłem, jedzeniem i książkami (jednym słowem – bogacz). Thorn oczywiście zabiera ze sobą ile może i wraca do własnej ciasnej klitki. Nie wie o tym, że jedna z książek którą dał Solowi to raport z Soylent Corporation, a zamordowany człowiek zasiadał w jej radzie nadzorczej.

Czemu zginał? Tego trzeba dowiedzieć się samemu.

Co do filmu, to religia zostaje “przetworzona” i pozwala na popełnienie samobójstwa (zwanego jako “going home” – powrót do domu). Zamiast duchownego rozmawia się z automatem. Wielkie korporacje rządzą światem. Pokazany jest dramat przeludnienia i co może się stać gdy zabraknie jedzenia. Jak ludzie mogą zniszczyć ziemie. W dwóch scenach bohaterowie płaczą, gdy widzą kawałek normalnego prawdziwego mięsa lub świat taki, jakim był przed ludźmi. A cała fabuła okazuje się wielkim problemem moralnym i pogwałceniem podstawowych ludzkich zasad. A wszystko kręci się w okół tytułowej.. zielonej pożywki.

“Forbidden Planet” (1956)

Przyszłość, odległa planeta. Statek kosmiczny zostaje wysłany by zbadać powód przerwania komunikacji z planetą skolonizowaną przez naukowców. Okazuje się, że przy życiu pozostało tylko dwoje ludzi Dr. Morbius i jego córka Altaira, robot Robby oraz dziwne energetyczne stwory.

Film ten pokazuje strach przed obcymi cywilizacjami, oraz jaki wpływ na nas może mieć za dużo władzy. Pokazuje też strach przez rozwiniętymi cywilizacjami. Co sprawiło, że w ciągu jednej tylko nocy, cała rasa super inteligentnych istot po prostu zniknęła z powierzchni planety?

Do tego gra tam Leslie Nielsen – gdy jeszcze grał poważne role (chociaż sam film jest miejscami zabawny). No i Robot Robby jest klasykiem wśród robotów. Prawdziwe dzieło z lat 50, RoboBrain w Fallout 3 jest zbudowany na jego podstawie (chociaż wg mnie wersja Falloutowska ma o wiele mniej wdzięku ;-) )

To były 3 filmy które zapadły mi w pamięć z tej serii, ale jest ich o wiele więcej. Gdy najdzie mnie filmowy humor, to opisze jeszcze kilka.

Filmy te naprawdę warto zobaczyć. Nie są spłycone przez efekty specjalne, aktorzy naprawdę trudzą się żeby odegrać swoje role jak najlepiej, nie ma komputerów które mogą im “pomóc” (przesuwając środek cięzkości przekazu z gry aktorskiej i fabuły na.. efekty specjalne – ale o tym w innej notce). Co do samych efektów specjalnych to są zadziwiająco dobre – a jednocześnie nie przytłaczające. Są po to, żeby pokazać fabułe, a nie po to, żeby pokazać kto ma większy program do robienia grafiki. No i właśnie sama fabuła (dopracowana i często bez znanych nam dzisiaj z filmów “wygodnych zbiegów okoliczności”) i roztrząsane w tych filmach problemy są jak najbardziej na czasie. Polecam!

Filmy można znaleźć na DVD w bardzo niskich cenach :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink