Tak tak :-) Jeszcze nigdy nie miałem drukarki. Ale [ już ] wczoraj się to zmieniło. Choć.. nie było to proste ;-)
Stwierdziłem, że kupię sobie drukarko-skanero-kopiarkę, jako, że wszystkich tych urządzeń mi brakowało, więc pół godzinki z, przysługującej mi, 40 minutowej przerwy w czasie pracy ;-), poświęciłem na guglanie za urządzeniem które zaspokoi moje niepohamowane żądze. W końcu trafiłem na polskie forum, na którym był link do czeskich testów (sic!). Po dalszym guglaniu, stwierdziłem, że interesuje mnie coś w rodzaju HP F4180. Zacząłem się zastanawiać gdzie się udać.. i trafiło na GalBał[1] i tamtejszego Saturna[2] ;-) Zadryndałem, zapytałem się grzecznie, czy jest na stanie. Okazało się, że jest. Poprosiłem ładnie, żeby mi odłożyli – odłożyli. Okazało się nawet, że przepłacam tylko 82zł ;-) Cóż, płacę za to, że mam ją dzisiaj. No, ale to by było za proste, prawda? ;-)
Wyszedłem z pracy o 19:20, pojechałem do GalBał’a SKMką [ takie tutejsze metro ;-) ]. W międzyczasie zaczął padać śnieg. Przypomniałem sobie, że zapomniałem przelać pieniędzy z jednego konta na drugie. Ale stwierdziłem, ze w GalBał’e będzie jakiś dostęp do neta.. nie powiem, że nie ma.. ale, mi się nie udało znaleźć. Nawet TPsa nie okazała się wybawieniem, bo ich komputer nie posiadał internetu, mimo, że bardzo się starał. A miłe Panie stwierdziły, że on już tak ma, cóż – komputer też człowiek. Dodatkowo okazało się, że moja komórka zjadła prawie całą baterie.
Dotarłem do Saturna, stwierdziłem, że skoro chce im zostawić pieniądze, to pewnie dadzą mi skorzystać z neta ;-) poszedłem do jednego z kolesi w niebieskich koszulach i zagadałem.. stwierdził, że oni to nie mają internetu na swoich stanowiskach. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.. i słusznie, bo dwa stoiska obok internet był ;-) Niestety nigdzie opodal nie było kolesia który mówił mi, że internetu nie ma – a bardzo chciałem przesłać mu wymowne spojrzenie. Ale! Ja już zdążyłem zrobić w międzyczasie przelew z konta na konto przez umierający telefon[3]. Nieposkromiony przeciwnościami losu [ i moim zagapieniem ;-) ] udałem się do stoiska z drukarkami. Zagadałem kolejnego kolesia, on sprawdził i rzeczywiście drukarka jest. Ale ostatnia. I ta ostatnia, to ta która jest na wystawie. Wzdech. Kierując się zasadą “macanego nie biorę”, oraz faktem, że przyjechałem tam po drukarkę i bez niej nie wyjdę ;-) udałem się na poszukiwania. Znalazłem innego HPka, ale też był ostatni. W końcu zawiesiłem wzrok na HP C5280. Okazało się, że w zapasie jest jeszcze jeden. Po 10 minutowych poszukiwaniach, razem z pewnym jegomościem, pośród półek – jegomość wpadł na pomysł, który zdążyłem zasugerować jakieś cztery razy wcześniej, że może jest w magazynie! Po kolejnych 10 minutach okazało się, że.. jest! Moja radość była prawie niepohamowana, ale to dobrze, bo inaczej rzucił bym się na tego biednego człowieka ;-) Zabrałem jeszcze ryzę papieru i udałem się w stronę kas, z wypisanym “zleceniem” na drukarkę i papier właśnie.
Przy kasie poszło gładko, karta, “zlecenie”, rachunek. Udałem się po fakturę. W końcu w tym miesiącu płacimy zadatek na dochodowy za grudzień, więc trzeba dużo wydać i nic nie zarobić ;-) Dałem Paniusi “zlecenie” z dzielnie majtającym się przy nim paragonem. Paniusia wklepała numerek, zjadając przy tym jedna cyfrę. Powiedziałem, że nie kupiłem tego telewizora tylko drukarkę ;-) i Paniusia wklepała, tym razem poprawny, numer zlecenia: drukarka i ryza papieru, yeah. Pacnęła “magiczne” F3, wpisała moje dane. Ja dane sprawdziłem i happy wyjątkowo powiedziałem Pani, ze może drukować. Ona wcisnęła drukuj.. świat na chwile zatrzymał się w miejscu. Program do obsługi sklepu zatrzymał się na 3 minuty. Paniusia w tym czasie zdążyła wyrazić swą nadzieję, że dane które wpisała nie przepadły. W końcu była już 20:40, za 20 minut zamykali. Program się wywalił i wyłączył w końcu. “Super” pomyślałem. Paniusia zalogowała się ponownie. Po danych które wprowadzała ani widu ani słychu. Nastąpiła ponowna walka z numerem zlecenia.. Pani nacisnęła magiczny przycisk.. ale teraz moc była za słaba. Natomiast ja już wiedziałem, że dane które Paniusia wklepała wcześniej nie przepadły. Na ekranie pojawiło się “dokument jest w trakcie edycji”. Stwierdziłem, że może tutaj jest jakieś okno p.t. “aktualnie edytowane”, nie było. “LOL” pomyślałem, “ojej”, powiedziała Paniusia. Ale ani mi, ani jej nie było do śmiechu. Paniusia uporczywie pacała F3, pewnie kierując się zasadami mechaniki.. w końcu czasem samochód zaskoczy za ósmym razem ;-) Niestety [ stety :-P ] informatyka tak nie działa. Przewróciło się, to leży. Myślę sobie “Kto to pisał?” na zadane pytane Paniusia nie była w stanie mi odpowiedzieć. Google przepytam jutro ;-) Druga Paniusia, która obserwowała całe zdarzenie, do tej pory w milczeniu, wreszcie się odezwała “Pewnie Pana gdzieś edytują” powiedziała, załamałem się w duchu. Pierwsza chwyciła za telefon i dzwoni na dział komputery. Mówię, że zlecenie nie było wystawiane tam, tylko w tym dziale co to widać stąd napis “INFO”, ale zostałem olany. Paniusia właśnie dowiedziała się, od kolesia z działu komputery, że to nie oni wystawiali.. wow, byłem w szoku. Ale szok po chwili ustąpił ponownemu załamaniu – Paniusia poprosiła kolesia żeby przyszedł. No to ów zjawił się dość szybko, Paniusia zaczyna mu nawijać co się stało, koleś stwierdził “Ale to nie ja wystawiałem” i zdaje się, że wreszcie do Paniusi ten fakt dotarł “Aha” powiedziała, dodając po chwili “ale ja myślałam, że się może znasz, w końcu pracujesz w komputerach” – cóż “informatyk” to pojęcie dość ogólne ;-) Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła sie druga Paniusia i znów zaczęła forsować swoją teorię o tym, że mnie gdzieś edytują. Z wewnętrznego rozbawienia i dobicia nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, po czym powiedziałem grzecznie, że “Nigdzie mnie nie edytują. Wasz system myśli, ze Pani edytuje dalej to zlecenie. A wynika to pewnie z tego, że wasz super-hiper system nie obsługuje transakcji, wyjątków, albo tego i tego” wreszcie nastąpiła chwila ciszy, po czym dłuższa chwila konsternacji. Druga Paniusia zniknęła równie niepostrzeżenie jak się pojawiła, a pierwsza stwierdziła “To ja nie mogę Panu wystawić faktury”, ałć. Odpowiedziałem najmilej jak potrafiłem, że “Mnie to nie obchodzi. Faktura mi się należy. Nie z mojej winy wasz system nie działa. Również nie z Pani winy. Ale fakturę mam mieć. Pani tu pracuje, Pani się zna, niech mi Pani powie, co ja mam zrobić żeby ową otrzymać”. Ponowna konsternacja. “No dobra. Czy jest tu jakiś awaryjny administrator tego systemu pod ręką?” na co Paniusia, widząc światełko w tunelu
- “Nooo… teraz nie ma, ale będzie jutro. Proszę przyjść koło 12″. Tia.
- “O 12 to ja w pracy jestem, o której po 16 mogę być?”
- “Jak najszybciej! Ja nie wiem o której on przyjdzie i do której będzie”
- “A jakiś numer telefonu tutaj dostanę?” dostałem.
Pominąłem milczeniem godziny pracy “awaryjnego admina pod ręką” ;-) W sumie, mogłem oddać ten sprzęt i wziąć go z powrotem znów. Chociaż pewnie nie mógł bym go zwrócić, bo byłbym edytowany ;-)
Kwestie wracania w śniegu i odmrażania sobie palców idąc do domku pod górkę[4] pominę. I koniec końców przepłaciłem tylko 62zł zamiast 82zł ;-)
Update: Byłem wczoraj w Saturnie i już mnie nigdzie nie edytowali ;-) więc fakturkę mam.
[1] Nowo odkryty minus Tricity, “GalBał” tudzież “GalBal” nie brzmi tak fajnie jak “GalMok” ;-)
[2] Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale Saturn i MediaMarkt mają wspólnego właściciela. Nawet stronę obu robiła ta sama firma :-) Szerzej tutaj.
[3] Który jednak nie umarł :-)
[4] Jeszcze tego nie pisałem, ale o współczynniku “podgórkowatości” mojej drogi do domu świadczy fakt, że w dół idę minut 7, a w górę 10.