“The day that the Earth stood still” (“Dzień w którym zatrzymała się Ziemia”), remake.

05:33, 18 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie, SciFi 50-70

Niedawno w Polsce weszła do kin nowa wersja filmu “The Day that the Earth stood still”, którego pierwowzór powstał w 1951 roku.

Jeżeli ktoś z Was chce iść na to do kina, lepiej wydać pieniądze na DVD ze starą wersją ;-)

Czemu?

Jakiś czas temu pisałem o tym filmie w notce o filmach SciFi z lat 50-70 ubiegłego wieku. W oryginale w USA, w Waszyngtonie ląduje UFO, z którego to wychodzi obca forma życia w ciele człowieka i zostaje postrzelona przez nerwowego żołnierza. Po krótkim pobycie w szpitalu, w którym to bardzo szybko dochodzi do zdrowia, uprzedza wysłanników rządu USA, że chce porozmawiać z liderem Ziemi. Film dzieje się niedługo po końcu II Wojny Światowej, trwa Zimna Wojna, więc nie ma zbytnio możliwości porozmawiać na raz z prezydentami USA i Rosji, a co dopiero wszystkich państw na raz.

W późniejszej części filmu Klaatu (bo tak nazywa się kosmita) ma okazję zjeść kilka śniadań ze współlokatorami – przedstawicielami kilku różnych klas społecznych i stereotypowych ludzi żyjących w tamtych czasach w Ameryce. Rozmawiają oni o obecnej sytuacji, czemu kosmita wylądował, czego chce i co będzie później. Nie wiedzą, że właśnie spożywają posiłek z głównym bohaterem tego zamieszania. Ich poglądy i dyskusje w bardzo fajny sposób pokazują podejście ludzi do takiej (dość abstrakcyjnej) sytuacji.

Autorzy poprzedniej wersji starali się przedstawić nam swoje przemyślenia o tym jaki jest wszechświat, co by było gdyby kosmici istnieli i gdyby do nas przylecieli. Jaki wpływ na Ziemię mają ludzie i co z nami będzie za kilkadziesiąt lat. Skupili się na tych zagadnieniach, niczym więcej. Ubrali to w typową jak na tamte czasy fabułę (żeby się dobrze oglądało) i wypuścili “do publiki”. Film jest ciekawy, zmusza do myślenia i fajnie się go ogląda ( mimo ;-) braku efektów specjalnych ).

Nowa wersja jest pełna efektów specjalnych. Wiele wątków fabularnych zostało dotkniętych, ale żaden nie został skończony ( to chyba domena większości filmów które powstają w ostatnich latach w USA – “Project: Monster” chociażby). Sam film też się właściwie nie kończy.

Z jednego UGO zrobiono setkę maszyn na całej kuli ziemskiej. Jeden kosmita stał się dwoma kosmitami. Rozmowy z wieloma ludźmi o tym jacy są ziemianie została przerobiona (też dość typowo) na rozmowę z “mądrym dzieciakiem”. Ratowanie reputacji ziemian zostało spłycone do kilku “niby wartościowych” scen o naszych wspaniałych uczuciach – które zostały nakręcone dość nieudolnie, wiec ja, jako użytkownik filmu w ogóle tego nie poczułem. Do tego kilka stereotypowych scen o tym jacy ludzie są źli.

Gratulacje należą się Johnowi Cleesowi (tak, temu z Monty Pythona) za odegranie poważnej (sic!) roli profesora który stara się przekonać Klaatu do oszczędzenia Ziemi i naprawdę robi to z klasą. Chociaż dowcip który w tej scenie występuje również jest nieudolny.

Podsumowując film jest zlepkiem scen które mają nas skłonić do zastanowienia się nad tym jacy jesteśmy dla naszej planety (a przynajmniej wydaje mi się, że tak ma być) ale głownie są tu efekty specjalne, naciągana fabuła która tak naprawdę nie porusza w żaden sposób oraz efekty specjalne. Historia została przerobiona i, według mnie, straciła na tym bardzo. Postacie wydają się sztuczne i naciągane, nie są przekonujące. Akcje które podejmują nie trzymają się “kupy”. Jest strasznie dużo skrótów, brak pokazania podstaw do podjęcia jakiejś decyzji – czyli chociażby tego czemu ktoś zmienił zdanie. No i te efekty specjalne tak naprawdę nie zachwycają. To wszystko składa się na, według mnie, marny film. A szkoda, bo miał on duży potencjał.

Tak jak już pisałem – polecam oryginał, jest lepszy.


Napisane przez Zenobius | Komentarz (1) | Permalink

Moja Interpretacja filmów z notki o Świętach

15:57, 07 stycznia 2009 roku

| Notka, Opinie

Tak jak obiecałem piszę o filmikach z notki świątecznej. Ale najpierw..

Wszystkiego dobrego w nowym roku ;-)

Święta to komercha. Kiedyś (w Polsce nie tak dawno – PRL blokował komerche ;-), a na świecie dawniej ) magia Świąt polegała na tym, że siadało się z rodziną przy stole, spędzało z nią czas. Dzieci myślały o prezentach, a jakże, ale nie to było najważniejsze. Święta miały swoją magie, szanowaliśmy je. Okres beztroski, podsumowania roku (co jest bez sensu, ale nieważne). Generalnie czas pozytywny i refleksyjny :-)

Aktualnie sytuacja ma się trochę inaczej.

Świętych Mikołajów są setki, na każdym kroku – każdy chce nam coś wcisnąć. A spowszechnieli nam już na tyle, że zupełnie ich nie zauważamy i w pewnym sensie “olewamy”. Nie czekamy na tego jednego jedynego grubaśnego staruszka w czerwonym wdzianku który położy nam prezenty pod choinką gdy zaświeci pierwsza gwiazdka.

Świąt się nie szanuje, w święta się kupuje – im więcej, tym lepiej – dla producentów i dystrybutorów. A wszystko napędza marketing.

Przy takim zapotrzebowaniu na Mikołajów trzeba łapać ich więcej (zauważcie numer na wdzianku pierwszego Mikołaja – 1409). Przesyła się ich potem jako.. produkty (sic!) do różnych firm, żeby wciskali nam jakieś niepotrzebne nam przedmioty czy usługi. Teraz wiecie czemu jest tylu mikołajów na ulicach i skąd się biorą. Widzicie też ile przecierpieć musi Święty i ile czasu trzeba w to włożyć żeby stał się on przystosowany do ludzkich wymogów.

Przez brak szacunku (palenie, picie, przeklinanie przy nim – lekceważenie ogólnie przyjętych zasad dobrego postępowania), czuły na takie rzeczy, Mikołaj ponownie dziczeje i.. musi zginąć. Czyli nasz brak szacunku dla Świąt zabija je (ich atmosferę). A pokazane jest to w odpowiednio wstrząsający sposób. I przez to populacja Mikołajów może wyginąć!

A gdy nie będzie Świętych to i świąt nie będzie..

A co Wy o tym myślicie?


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (8) | Permalink