Nowa odsłona WordPress, tweaking bloga żeby był “na czasie”

08:23, 31 sierpnia 2010 roku

| Ciekawe strony, Notka, Opinie

Parę dni siedzenia w domu i chorowania plus miałem sporo pracy z WordPress’em w ostatnim czasie i stwierdziłem, że i o mojego bloga przydało by się zadbać.

Kto czyta jakoś dłużej ( a właściwie czytuje jak się coś pojawiało ;-) ), zauważy z pewnością, że zaszło tu trochę zmian. Ale tylko część z nich widać.

Po pierwsze stwierdziłem, że przydało by się zrobić upgrade do najnowszej wersji. Trochę się bałem zmiany z 2.7.x na 3.0.1 ale.. poszło automagicznie bez żadnego stękania.

Rozochocony tym faktem zacząłem instalować pluginy do wordpressa które, po części miałem okazję testować dość niedawno.

Po pierwsze, jakieś pół roku temu zaktywowałem się na facebooku. Co za tym idzie, chciałem mieć wszędobylskiego “Like’a” oraz najchętniej komentarze z FaceBook’a automatycznie dodające się do komentarzy pod moimi postami na blogu. Niestety ostatniego punktu nie udało mi się spełnić – albo nie ma takiego plugina albo nie potrafię go znaleźć, albo ktoś go właśnie pisze, albo jest to niemożliwe do wykonania. Ostatniego punktu do świadomości nie przyjmę – bo jestem w stanie wymyślić ze trzy sposoby na zrobienie takiego ściągania ( może kiedyś sam napiszę taki “bajer” ).

Jeżeli ktoś wie lepiej ode mnie – tzn. wie jak sprawić, żeby komentarze zamieszczone pod opublikowanym przez nas na faceeboku linkiem do wpisu na blogu pojawiały się też na blogu to niech da znać w komentarzach pod tym wpisem plz!

A propos komentarzy, jak widać zmieniły się nie do poznania – za sprawą Disqus‘a. Poznałem ten system gdy zapoznawałem się z możliwościami Tumblr‘a i bardzo mi się spodobał. Jego konkurentem był Intense Debate. Wygrał Disqus. Czemu?

Obie te usługi przenoszą obsługę komentarzy na serwer usługodawcy. Ma to swoje plusy w postaci odciążenia mojego serwera, lepszej obsłudze nadchodzącego spamu.. ale największy ich plus to integracja z Facebookiem, Twitterem, Yahoo, możliwość logowania się komentujących za pomocą Facebook Connect, OpenID, Yahoo i Twittera no i wiązanie komentarzy z różnych portali/usług z komentarzami na blogu.

Wygrał Disqus przez większą liczbę tego typu połączeń, ciekawszy design i lepszą obsługę techniczną – widać, że coś się tam dzieje, a to rodzi nadzieje na przyszłość – a oto plugin.

A propos cache’a – dodałem sobie plugin p.t. WP-SuperCache. Nie wymaga nic więcej niż systemu plików, a wyniki ma całkiem znośne. Mój blog, przy oglądalności rzędu 1000 odsłon i 500 odwiedzin miesięcznie i tak dużo nie wymaga. Ale jak można niskim nakładem pracy odciążyć serwer, to czemu by tego nie zrobić?

MicroKid’s Related Posts – do wiązania różnych postów ze sobą. W niektórych notkach dodałem już takie relacje, bardzo przydatna sprawa – w Google Analytics już widzę, że ma to wpływ na oglądalność starych notek. Znów bardzo niski nakład pracy, a zysk spory – bo leci recykling starych wpisów no i obraz tworzony przed czytającym jest pełniejszy. No i nie ma takiego “ok, przeczytałem, to co zrobić teraz? a pójdę sobie..”.

WordPress 3

To zasługuje na zupełnie osobny akapit.

Po pierwsze upgrade z 2.x.x do 3.x.x był bezbolesny. Klik i po sprawie. Na nic nie przydały się backupy.

WordPress 3 wnosi tonę zmian i udogodnień.

Jest wreszcie na czasie z obecnymi trendami – można stworzyć Custom Post Types – czyli nowe typy wpisów, które wyświetlają się w określony sposób, mają dodatkowe funkcje, pola itp. itd. Czyli wreszcie można sprawić, żeby była osobny sposób wpisywania cytatów, osobny wrzucania obrazków, inny kodu a inny tutoriali. Jeszcze nie dodawałem nowych typów u siebie, ale całkiem możliwe, że i na to przyjdzie czas.

Zmienił się sposób zarządzania menu. Można w nie wrzucać wiele rzeczy na raz – różne typy postów ( strona to też post ), używać na zasadzie widgetów.

Rzecz której nie będę używał póki co, ale z pewnością się przyda wielu firmom i ludziom tworzącym blogi specjalistyczne – jedna instalacja WordPress’a może teraz obsługiwać wiele instancji bloga. Więc zarządza się core’owym kodem w jednym miejscu i na nim stoi wiele wiele różnych blogów.

Do tego dochodzi garść zmian w wyglądzie panelu admina i zmiana głównego theme’a na twentyten.

Wszystko to ładnie się komponuje i zasługuje na 3.0 w numerze wersji.

Więcej o tych zmianach na stronach WordPress Codex.

Dziękuję czytającym, mam nadzieję, że te zmiany bardziej się przydadzą niż przeszkodzą no i miłego czytania dalej :-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (4) | Permalink

Jak to się u mnie zaczęło? Czyli droga od pasji w okół komputerów do bycia programistą..

17:59, 29 sierpnia 2010 roku

| Notka, Opinie, Praca, Projekty

Od czego zacząć gdy chce się zostać programistą? Od książek.. Wiedza i praktyka to podstawa, a im wcześniej zaczniesz się uczyć tym szybciej zaczniesz robić rzeczy które są Ci pomocne lub które mogą pomóc ludziom w robieniu ich monotonnych rzeczy – czyli zarabiać na swoich programach, swojej pasji. W końcu podstawowa cecha każdego programisty to lenistwo ;-)

Od dawna zbierałem się do napisania notki o moich początkach, pewnie będzie ona długa, ale myślę, że teraz jest dobry moment na napisanie tego tekstu.

Takim ostatnim kamykiem w bucie, który spowodował, że zabrałem się za pisanie jest film na blogu Jakuba Dąbkowskiego, który był moim Project Managerem gdy pracowałem w Implixie.

Co ciekawe, za niecałe trzy tygodnie ten blog będzie obchodził trzecie urodziny (three is the magic number). I choć te trzy lata to ułamek mojego zajmowania się programowaniem, to jest to główny okres mojego bycia zawodowym programistą, czyli zarabiania na tym co lubię robić. Zbiega się to też z początkami mojej pracy w Implixie.

Wspomniany wpis/video na blogu Jakuba

Chłopaki skupili się na tym co trzeba, żeby zostać “programistą aplikacji internetowych”.

Ja bym zaczął trochę wcześniej. Według mnie, żeby zacząć w ogóle programować – wszystko jedno czy strony WWW, duże aplikacje webowe, aplikacje desktopowe, serwery, bazy danych, sterowniki do drukarek czy anten kierunkowych w satelitach NASA trzeba mieć pojęcie o komputerach generalnie – czyli jak to się wszystko kręci. Myślę, że ogólna wiedza, lub wiedza skąd daną wiedzę szybko zdobyć, przyda się każdemu.

Nie mówię, że naukę programowania należy zacząć od Assemblera, ale przydaje się mieć pojęcie czemu 32bitowe procesory mogą obsłużyć max 4Gb RAMu?

Dopiero gdy posiądziemy podstawową wiedzę można się zastanowić “co tak naprawdę chce programować?” i iść w tym konkretnym kierunku, bo opcji jest multum – choć nie trudno się potem cofnąć. Gdy ja stanąłem na tym rozdrożu wybrałem aplikacje internetowe – ale o tym czemu, to będzie dalej.

Tekst jest długi – jeżeli nie chce Ci się czytać wszystkiego – to przedostatni paragraf jest podsumowaniem.

Trochę mnie w liczbach żebyście wiedzieli czy warto dalej czytać..

Od ośmiu miesięcy pracuję w MTV Networks Polska. Od pięciu lat prowadzę swoją firmę – Zeno.pl . Zlecenia dla klientów realizuje od ośmiu lat. W tym czasie pracowałem z/dla/w ponad 20 różnych firmach przy różnych projektach. Przez większość tego czasu byłem freelancerem. Często byłem zatrudniany na kilka miesięcy aby rozwiązać jakiś problem, zrealizować jakieś konkretne zadanie lub uporządkować pracę innych programistów. Teraz jestem “zaczepiony” w jednej konkretnej firmie – po raz pierwszy w korporacji i jest to kolejne ciekawe wyzwanie i masa doświadczeń.

Firmy dla których pracowałem były zupełnie różne – od molochów będących kontynuacją firm rodem z PRLu, przez małe, kilkuosobowe firmy zarabiające bezpośrednio na ruchu na ich stronach, firmy które tworzą oprogramowanie które jest wykorzystywane przez ich użytkowników – z czego czerpią profity po firmy które tworzą “content” i na nim zarabiają. W modelach B2B, abonamentowych i całej masie innych. Z każdego takiego kontraktu czy współpracy starałem się wynieść maksymalnie dużo wiedzy o danym biznesie i sposobie zarządzania firmą, prowadzenia projektów, marketingu i wszystkim innym co w danej firmie się toczyło.

A tak generalnie, to programuję od 18 lat, czyli przełomu zerówki i pierwszej klasy podstawówki – o ile można nazwać programowaniem grzebanie się w GW BASICu i QBasicu.

Początki

Moi rodzice zrobili błąd kupując komputer gdy miałem dwa lata. Napromieniowywałem się monitorem siedząc na ich kolanach i pewnie dlatego tak weszło to w moją krew. Gdy tylko byłem w stanie grałem na tym starożytnym już PCcie w Spacewars, PC-POOLa, Prince of Persia, Space Quest oraz jakiś fikuśny program do nauki angielskiego. Był tam też GW BASIC, do którego to moi rodzice nabyli mi książkę gdy miałem jakieś sześć lat. Niesamowicie pochłonęło mnie rysowanie w ASCII “wyścigówek” i przesuwanie ich po ekranie.

Potem przyszedł update systemu i Sim City – które to trzeba było umieć odpalić w trybie CGA, do tej pory pamiętam, że był to przełącznik /m . Ale oprócz tego dostał mi się też QBasic z grą (z kodem źródłowym!) w której dwie małpy rzucały w siebie bananami po ustawieniu odpowiedniego kątu i siły rzutu (taki pierwowzór Scorcha). Grzebałem się w tym kodzie i zmieniałem parametry gry ile mogłem. W międzyczasie pojawił się MKS Vir z bazą wirusów – przez którą zainteresowałem się tematyką infekcji komputerów i jak to się właściwie dzieje, że komputer choruje.

Brat znajomego miał Amigę 600 – na której to cięło się w gry.. i patrzyło jak ów brat robi animacje. I choć realizm efektów powalał na kolana ;-), to nigdy do grafiki mnie nie ciągnęło.

W pierwszej podstawówce do której chodziłem głównie zajmowaliśmy się graniem w Prince of Persia 2 i The Lost Vikings. Ale też chodziliśmy do położonego nieopodal Pałacyku dla Młodzieży gdzie mieliśmy zaszczyt przepisywać kod z wydruków do Commodore 64 i obserwować jak komputer generuje przepiękną grafikę, w tym fraktale. Lub.. gdy mieliśmy szczęście i przed nami była jakaś grupa, która wczytywała gry z kaset – mogliśmy w nie pograć. Ale to była rzadkość, bo zazwyczaj trzeba było zaczynać proces ładowania od nowa – w końcu podłogi były krzywe i gdy się po nich chodziło, to magnetofony drgały i program się nie wczytywał (ale ból z głowicami chyba każdy zna ;-) ).

Nie pamiętam już kiedy, ale nastąpił wielki skok – od pierwszego PCa – IBM PC AT, 12MHz z Turbo, 648KB RAMu i 20Mb dysku, z dwoma stacjami dyskietek 5,35″ przeszliśmy do Intel Pentium 75MHz, 32Mb RAMu i, zdaje się, że 1,2Gb dysku oraz S3 Trio64V+. Na ekranie własnego komputera pojawił mi się kolor! Który do tej pory widziałem w Pegasusach, Amigach i komputerach w szkołach do których chodziłem.

Ze starym ATkiem w domu rozwiązywałem tonę problemów, ale nigdy nie wyszedłem poza DOSa i Norton Commandera. I mimo, że wiedziałem co to jest autoexec.bat i config.sys oraz umiałem zainstalować znajomym sterowniki do czytnika CD to sam takowego nie miałem. Przy pierwszej styczności z CD-ROMem nie wiedziałem nawet, że jest to po prostu “stacja dyskow” i wchodzi się na niego tak samo jak na dyskietki ( pisząc, zazwyczaj, d: <enter>). A teraz była nowa jakość – Windows 95 który sam kumał takie rzeczy.

Trochę żałuję, że ominąłem posiadanie własnego 386/486, i mocne obcowanie z Win 3.1/3.11 – ale cóż ;-)

Za to razem z owym Pentiumem przyszli Settlers II i Fatal Racing.

Potem nadszedł Gambler, a razem z nim cheaty do gier (Tips&Tricks). A to otworzyło zupełnie nowe możliwości – bo nie dość, że miało się programy które potrafiły wyszukiwać w pamięci konkretne liczby, to jeszcze trzeba było czasem edytować pliki w Hexach. Z tego przyszła wiedza o adresowaniu pamięci, typach danych w niej przechowywanych, o przeliczaniu liczb z systemu dziesiętnego do szesnastkowego i bitowego – w końcu, jak chciało się mieć 1000 sztuk złota, to trzeba było wiedzieć co tam w pliku “save” wpisać i gdzie.

W szkole mówili na mnie “piter-cziter” bo właściwie nie było gry w której nie grzebałem. Moim największym osiągnięciem w tej dziedzinie było sprawienie, aby demo pierwszej części GTA nie wyłączało się po jakimś-tam czasie ( 5 minut? ).

Potem stałem się naczelnym naprawiaczem komputerów – zarówno hardware jak i software nie miały przede mną tajemnic. Formatowałem dyski, instalowałem systemy, wymieniałem karty graficzne – w końcu był boom na akcelerację 3D. Nawet kręciłem sprzęt – zaczęło się od przetaktowania mojego Pentium 75 na Pentium 90 – żeby Diablo II lepiej działało. Potem wyciągało się to kilka klatek więcej w Quake II.

Pod koniec podstawówki – 6, 7, 8 klasa - uczyłem się AC LOGO i rysowałem tym nieszczęsnym żółwiem przeróżne rzeczy. Potem liceum i Turbo Pascal.

Ale zanim nastąpiło liceum pojawił się Internet, a moja zacna rodzicielka była instruktorem w Altkom Akademia. Raz na jakiś czas w weekend, cała zgraja dzieciaków z podstawówki, pakowała się do sali wykładowej i w zamian za zainstalowanie na tym sprzęcie systemu operacyjnego i rzeczy potrzebnych do prowadzenia wykładów od poniedziałku, mogła grać ze sobą przez sieć, surfować po necie, gadać na IRCu i sprawdzać e-mail’e. Co za tym szło trzeba było rozwiązywać problemy z siecią – TCP/IP nie miało przed nami tajemnic. W końcu co powstrzyma ośmioro dzieciaków przed sprawdzeniem kto jest lepszy w Quake’a?

Co więcej system “instalowało” się używając Norton Ghost, również przez sieć.

W Altkom Akademii, gdy jeszcze była w domu handlowym Arka (tam, gdzie teraz jest Traffic) spędziłem pierwszą wakacyjną pracę. W ciągu ponad miesiąca nauczyłem się robić kable sieciowe i poruszać się jakoś w Linuxie. Ba, uczestniczyłem w stawianiu rozwiązania terminalowego – gdzie wszystkie pliki miały być dostarczane na komputery klienckie (terminale) z centralnego serwera, nawet nie wiedziałem, że to tzw. cienki klient. Nagrałem też pierwszą płytę CD (trwało to strasznie długo – ale co poradzić, nagrywarka 2x ).

Na koniec podstawówki stworzyliśmy w klasie naszą kronikę na CD. Nauczyłem się HTMLa, CSSów (no, powiedzmy ;-) ) i w wyniku tych prac każdy uczeń dostał płytkę z danymi kontaktowymi swoich kolegów, zdjęciem, jakimś krótkim “o sobie” i całą masą różnych innych rzeczy. Np. zeskanowanymi kronikami klasowymi. A wszystko ostylowane pięknymi tabelkami w tabelkach tabelek.

Razem z Internetem i Turbo Pascalem przyszła ochota i możliwości na naukę czegoś więcej. Zaczęła się moja era C i C++. Programowanie strukturalne, obiektowe, pierwsze klasy, dziedziczenie, hermetyczność, algorytmy i struktury danych. Ogrom wiedzy który trzeba było przyswoić przytłaczał, ale też kusił możliwościami.

Potem różne burzliwe dzieje sprawiły, że zamieszkałem u znajomego, świeżo upieczonego studenta PJWSTK na kierunku “programowanie gier komputerowych”. Jednocześnie pojawiło się PHP (a właściwie zaczęło być o nim głośniej) a to jak rozwijał się Internet sprawiało, że potencjał w nim siedzący był niesamowicie kuszący.

Ja stanąłem przed wyborem – zająć się aplikacjami – czyli pisaniem w C++ lub Javie, czy pójść w kierunku aplikacji internetowych – JSP, ASP, PHP. Wybrałem aplikacje internetowe i PHP – głównie dlatego, że stroną WWW łatwiej dotrzeć do wielu osób. A odkąd zacząłem programować chciałem, żeby z moich rozwiązań korzystało jak najwięcej osób.

Oczywiście nie zmieniało to faktu, że bawiłem się DirectX’em, czytałem zawzięcie o efektach graficznych, o tym jak karty graficzne generują obraz na ekranie itp. itd. Ale to była zabawa, poważna nauka, praca i czas szły w PHP.

Najważniejsze było to, że wiedziałem, że to jest moja przyszłość i że właśnie to chce w życiu robić.

W międzyczasie zacząłem chorować, przez trzy lata tułałem się bez diagnozy i byłem przykuty do mieszkania. I mimo, że spałem długimi godzinami i byłem mocno wycieńczony – to gdy mogłem czytałem. Póki co żaden tutorial w internecie nie nauczył mnie podstaw danego zagadnienia tak dobrze, jak książka. Może to dlatego, że książkę wygodniej się czyta niż tekst na ekranie. A może raczej jest to spowodowane tym, że jednak aby wydać książkę trzeba o wiele więcej wysiłku – więc i jakość przekazywania wiedzy jest lepsza. Cokolwiek by to nie było – polecam na początku uczyć się z książek. Z internetu można uzyskać całkiem trafny pogląd na to co dany język czy baza danych mogą. Internet jest genialny do poszerzania wiedzy, wyszukiwania rozwiązań dla konkretnych problemów i idealny żeby znaleźć książkę na dany temat ;-), ale nie sprawdza się do początkowej nauki. Polecam też dobrze nauczyć się angielskiego – prosta sprawa – najwięcej zasobów w necie jest właśnie po angielsku.

Choroba dała mi łącznie pięć lat, przez które głównie, ale nie tylko, siedziałem w mieszkaniu i czytałem wszystko co mi w ręce wpadło. Moi znajomi w tym czasie szli na studia, ja zaczynałem wykonywać zlecenia dla pierwszych klientów. Od prostego pocięcia grafiki do statycznej strony WWW, przez jakieś prościutkie skrypty wyświetlające aktualną datę na stronie. Dynamicznie generowaną galerię skanów – po wgraniu pliku txt i jpg o tych samych nazwach pojawiały się na liście i opis był brany z pliku. I tak powoli szedłem do przodu.

Gdy myślałem o możliwościach które daje nam Internet miałem niesamowite wizje przyszłości i tego jak to może na nas wpłynąć. Porywałem się na projekty olbrzymie, których nie byłem w stanie wtedy zrealizować.

Zawsze moją przewodnią myślą było to, żeby robić narzędzia które ułatwią ludziom życie. Lub wzbogacą je jakoś. Ułatwią robienie rutynowych rzeczy, żeby mieli więcej czasu na rzeczy kreatywne, których nie da się tak łatwo ubrać w język komputera.

Miałem po drodze sporo porażek. Niektóre wynikały z mojego charakteru, inne z braku wystarczającej wiedzy. Ale z każdej z nich brałem ile mogłem i starałem się nie popełniać drugi raz tych samych błędów.

Pierwszym takim projektem była strona internetowa dla mojego liceum, która miała być jednocześnie forum wymiany myśli, miejscem do prezentacji i ewentualnej sprzedaży swoich wyrobów przez uczniów (bo mieliśmy tam witrażownie i parę innych kreatywnych zajęć) i całą masą innych funkcjonalności. Nie było wtedy AJAXa, jQuery, zdaje się, że nawet XHTML raczkował. A ja “robiłem strony” od niecałego roku. W efekcie czego powstała strona, z autorskim forum z “bazą danych” w XMLu  – marny pomysł ;-) . I na tym się skończyło.

Potem przyszedł projekt gry przeglądarkowej, zdaje się, że wtedy nie było jeszcze OGame’ów i innych bajerów. Chociaż pewnie pierwszy pomysł na grę przez przeglądarkę to to nie był.

Ale każde to niepowodzenie sprawiało, że uczyłem się dalej i chciałem móc dojść do takiego etapu w którym mógłbym zrealizować to wszystko efektywnie i efektownie.

Miałem też sukcesy. Jedna z pierwszych stron, zrobionych już po zarejestrowaniu Zeno.pl, dalej działa – mistrzowieimprez.pl . A na końcu źródła strony można wciąż zobaczyć
<!-- Powered by ZenoFUEL 1.0.23 check it at: http://fuel.zeno.pl -->

Zupełnie nowatorski projekt, jak na tamte czasy, dwu-klikowego uploadu zdjęć do neta, z generowaniem linków na fora, do maili, itp. itd. – winogrono.net -  miał ponad 150k odsłon miesięcznie po dwóch miesiącach działania. A linki z wykorzystaniem winogrono.net dostawałem np. od ludzi grających w EVE Online lub znajomych na GG, którzy nie wiedzieli, że to moja strona. Było to też ciekawe użycie marketingu wirusowego – bo ludzie sami zarażali innych – dając im linka do strony sprawiali, że ludzie sami zaczynali używać tego narzędzia.

Niesamowite jest to, że grając przez sieć w różne gry: Ultima OnLine, Counter Strike, Day of Defeat, Battlefield 1942 poznałem całą masę ludzi którzy albo robili to co ja i mogliśmy się wymieniać doświadczeniami, albo chcieli robić to co ja i mogłem ich uczyć.

Tak spotkałem Kamila z którym współpracuję do tej pory i który ogromem swojej wiedzy w niektórych dziedzinach przewyższa mnie oraz melera który aktualnie rozrywany jest przez klientów chcących by zrobił im grafikę. Przez moją “szkółkę” przewinęło się w ciągu ostatnich pięciu lat kilka osób, które teraz pracują w różnych firmach jako programiści WWW i odnoszą w nich sukcesy.

Pierwszy staż w firmie miałem w 2004 roku, była to znów Altkom Akademia, gdzie robiłem zupełnie nowe dla mnie rzeczy w PHP. Między innymi program do rejestracji sal oraz rejestracji gości w biurze. Opiekowałem się też po części outsource’owanym do Altkomu systemem księgowym dla HP. No i robiłem aplikację do zamawiania sprzętu łącznie z wysyłaniem maili do różnych ludzi gdy spełnione zostały określone warunki – np. koszt przewyższał 5000zł.

Po stażu, w 2005 roku, założyłem Zeno.pl, bo liczba zleceń była już znacząca a projekty coraz ciekawsze i trudniejsze. W sierpniu 2007 wpadłem na szalony pomysł wyprowadzenia się do Gdyni, gdzie we wrześniu dostałem pracę w Implixie – rozmawiając przez Skype’a a potem na żywo w biurze. Zajmowałem się wtedy dużymi aplikacjami – m.in. talkstream.com czy getresponse.comnauczyłem się sporo o wysyłce maili, łączenia PHP z Flashem i całej masy innych rzeczy.

Po czterech miesiącach dostałem ofertę nie do odrzucenia znów w Warszawie, gdzie nauczyłem się kodowania plików flv do formatów webowych. Powstała, i niedługo potem upadła, jedna z pierwszych telewizji przez internet w Polsce ;-)

Potem była praca w różnych firmach ( goldenline, profeo, linkedin ). Przychodziłem, robiłem coś dużego i szedłem dalej. Czasem nadzorowałem projekt, czasem oceniałem jego koszty czasowe lub pieniężne. Uczestniczyłem w negocjacjach. W końcu zaczęły się zlecenia gdzie prowadziłem projekty. Ale głównie programowałem. Rzadko uczyłem się nowych rzeczy, po drodze “liznąłem” PERLa i Pythona. Nadszedł okres lekkiej stagnacji.

Potem wybuchł AJAX i biblioteki JavaScript’owe.  I znowu było się czego uczyć. Ale od momentu w którym zacząłem być freelancerem uczę się na bieżąco tego co jest mi potrzebne i trzymam rękę na pulsie, żeby wiedzieć co może niedługo przyjść.

Teraz znów uczę się nowych rzeczy – bo skala projektów w MTV jest o wiele większa niż projektów z którymi miałem do czynienia do tej pory, a co za tym idzie, rozwiązania problemów są zupełnie inne. Nowe wyzwania potrzebują nowego spojrzenia.

Czego można się z tego nauczyć?

Moja droga nie jest zbyt standardowa. Chociaż prawdą jest, że IT to taka fajna dziedzina, którą może zająć się każdy kiedy chce. Jasne, nie każdy nauczy się programować – ale jeżeli chce, to może kupić książkę i spróbować. Ja wiązałem moje życie zawodowe z komputerami od podstawówki. Spadła na mnie choroba, która mimo całej swej uciążliwości, sprawiła, że miałem dużo czasu na naukę tego czego chciałem się uczyć. Tak czy siak, można z tego wyciągnąć trochę uniwersalnych rad, a może ktoś wyciągnie coś jeszcze?

Jeżeli pasjonują Cie komputery – poznawaj je. Nie musisz decydować się od razu na jakąś dziedzinę, sprawdź co sprawi Ci największą frajdę. Cała masa ludzi robi teraz niesamowite rzeczy – czytniki fal mózgowych, operowanie komputerem za pomocą ruchów dłoni, urządzenia szóstego zmysłu, robotyka – wszędzie jest programowanie. I nawet jeżeli za jakiś czas stwierdzisz, że nie chcesz już programować anten satelitarnych dla NASA i wolisz robić strony firmowe w jakimś języku webowym – to część Twojej wiedzy będzie dalej przydatna (chociaż kto wie w czym pisze się w NASA :O ).

Na początku ucz się z książek – to najbardziej kompletne ( choć często nie wolne od błędów ) źródło wiedzy.

Czegokolwiek nie będziesz programować naucz się podstaw i aktualnych trendów – znajomość słownictwa, ogólnych zagadnień, stosowanych skrótów, nazw różnych algorytmów, nomenklatura programowania obiektowego czy wzorców projektowych ułatwi Ci zrozumienie tego co do Ciebie mówią.

Naucz się uczyć i szukać wiedzy – nie jesteś w stanie zapamiętać wszystkiego, ale powinieneś pamiętać co wpisać w Google, żeby znaleźć odpowiedź na Twoje pytanie.

Bierz udział w dyskusjach na forach, dołącz do społeczności, dopytuj się czemu tak a nie inaczej i staraj się zrozumieć rozwiązania. W takich miejscach znajdziesz wiele inspiracji.

Staraj się poznawać zagadnienia poboczne do tego nad czym aktualnie pracujesz – poznanie większego obrazu pozwoli Ci lepiej umiejscowić to co robisz. Możesz też wpaść na zupełnie nowe rozwiązania Twoich problemów.

Nie bój się nowych wyzwań – nawet jeżeli Ci się nie uda, będziesz bogatszy o doświadczenia i wiedzę. Z porażek wyciągaj maksimum informacji na przyszłość.

Sprawdzaj się, wiedz ile czasu zajęło Ci dane zadanie, z czym były problemy co poszło gładko – śledzenie postępów motywuje.

Nie daj się zaskoczyć i nie popadaj w stagnację. Jeżeli czujesz, że stoisz w miejscu – znajdź nową dziedzinę w której możesz się rozwijać.

Podsumowując

Ja sam, na początku, nie wiedziałem, że uczę się programować. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero pod koniec podstawówki, gdy brałem udział w Olimpiadzie Informatycznej.. w AC LOGO ;-) Najpierw była to dla mnie zabawa (a co by było, gdyby małpa rzucała dwoma bananami, albo losową ich liczbą!), lub sposób na osiągnięcie celu w grze (nie chce mi się tłuc tych trolli w kółko, wrzucę sobie 29837192gp i od razu kupię tą mega zbroję). Uczyłem się tego co było mi potrzebne żeby te cele osiągnąć – ułatwić sobie życie, skrócić ilość czasu potrzebną mi na przejście gry, nie rezygnując z fabuły – bo fabuła fajna, 4h zbierania gp – nudne. To była taka nieświadoma nauka.

Potem zacząłem się uczyć świadomie – miałem szczątkową wiedzę, głównie z obserwacji. Zacząłem ją systematyzować przez uczenie się kontekstu i innych możliwości – wiedziałem co to integer, ale float? Wiedziałem, że można sortować wyniki, ale jak zrobić to najszybciej na danym zbiorze danych?

Gdy już miałem kompletniejszą wiedzę podstawową zacząłem szukać mojej niszy, mojej specjalizacji – tego w czym chce być naprawdę dobry. W końcu znalazłem – aplikacje internetowe. Zacząłem szukać rozwiązań najbardziej pasujących do mojego wyobrażenia siebie i tego co chciałem w danym momencie osiągnąć i zasobów które miałem aby zrealizować te cele – wybrałem PHP.

Kupiłem podręcznik do PHP i okazało się, że potrzebuję jeszcze nauczyć się bazy danych i konfiguracji Apache’a i najlepiej skubnąć coś więcej Linuxa. Potem zacząłem realizować moje pomysły, uczyłem się znów na bieżąco, ale tym razem świadomie, tego co było mi potrzebne. Wykorzystywałem wiedzę z C++ o programowaniu obiektowym by projektować drzewa klas. Łączyłem różne dziedziny ze sobą na coraz to nowe sposoby.

Potem przyszły dodatkowe technologie dające więcej możliwości w mojej dziedzinie – JavaScript, AJAX, XML, XSLT.. itd. itp. I znów nauka, rozwiązywanie problemów, nowe możliwości, nowe problemy i znów nauka..

PS

Tak, robiłem wtedy i robię dalej w życiu inne rzeczy niż siedzenie przed komputerem.

Nie, nie mam kolekcji flanelowych koszul w szafie ;-)

Tak, lubię komputery – jako narzędzia i dostarczycieli pewnej części rozrywki i spędzam przed nimi sporo czasu. Ale spędzam też sporo czasu na spacerach, w kinie, na imprezach, koncertach, czytając książki czy robiąc inne nie potrzebujące komputera rzeczy ;-)

Wszelkie pytania piszcie w komentarzach – postaram się odpowiedzieć.


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (5) | Permalink

Jak odnieść sukces? TED.com

08:27, 29 sierpnia 2010 roku

| Ciekawe strony, Opinie, TED.com

Kto nie zna TED.com – niech pozna. To niesamowita kopalnia wiedzy i miejsce w którym skupia się wielu współczesnych geniuszy z każdej właściwie dziedziny. A nawet dziedzin które nie mają jeszcze nazwy ;-)

Niedawno nadrobiłem trochę oglądanie TEDowskich prelekcji i stwierdziłem, że kilkoma podzielę się z bliższym mi internetem ;-)

Na pierwszy ogień idzie “Co prowadzi do sukcesu?” – czyli krótka ( trzy i pół minuty ) prezentacja stworzona przez Richarda St. Johna, średniaka – jak sam o sobie mówi, którego zastanowiło czemu akurat on odniósł sukces w swoim życiu. Poszukiwanie odpowiedzi trwało ponad 7 lat, podczas których rozmawiał z pięciuset ludźmi – od celebrytów, przez specjalistów, po ludzi który po prostu odnosili sukcesy, choć mało kto o nich słyszał.

Zaowocowało to książką Spike’s Guide to Success: Stupid, Ugly, Unlucky and RICH oraz godzinami prelekcji prowadzonych w różnych miejscach na całym świecie.

Osiem sekretów do odniesienia sukcesu, wg Richarda, to: pasja – robienie czegoś co się uwielbia, kocha. Pieniądze pojawiają się przy okazji. Jeżeli mamy robić coś całe życie i odnieść w tym sukces – trzeba to lubić. Ciężka praca, bo nic nie przychodzi łatwo. Kunszt – bycie naprawdę dobrym w swojej dziedzinie, wyspecjalizowanie się. Czyli zdobywanie wiedzy i doświadczenia przez praktykę. Skupienie – nie rozdrabnianie się na wielu polach czy wielu projektach – wybranie jednego i inwestowanie w niego całej siły. Mobilizacja i motywacja – trzeba potrafić przezwyciężyć nieśmiałość i samo-zwątpienie, być odważnym i wierzyć w siebie i swoje pomysły. Służba – robienie czegoś dla innych. Dostarczanie im wartości ( wszystko jedno czy namacalnych czy nie) – bo tylko dzięki nim można nabrać środków i siły by iść dalej. Pomysł – trzeba mieć dobry pomysł na to co chce się zrobić (nie takie proste? patrz dalej). Upór, wytrwałość – trzeba móc przetrwać porażki oraz CRAP ( z ang. “bzdury” ) – czyli Criticism, Rejection, Assholes, Pressure – krytykę ( nowatorskie pomysły często są odrzucane jako “to nie może się udać” ), odrzucenie, dupków i stres.

Sposób na pomysły – aby być kreatywnym wystarczy: słuchać, obserwować, być ciekawym (świata i ludzi), pytać, rozwiązywać problemy i budować kontakty.

I pod tym ostatnim stwierdzeniem mogę się podpisać.

Czy ta lista jest kompletna? Póki co nie czuję potrzeby uzupełnienia jej o coś jeszcze.

Można jeszcze zapytać co znaczy “odnieść sukces” dla danej osoby, ale myślę, że jeżeli ktoś kocha to co robi, jego praca służy innym – wzbogaca ich życie o nowe przydatne przedmioty czy rozwiązania. Gdy to co robi motywuje go do dalszej pracy i gdy może realizować nowe pomysły to jest osobą odnoszącą sukces.

Miłego TEDowania, i nie oglądajcie wszystkiego za jednym razem ;-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

“Mafia 2″ – kolejne GTA czy kontynuacja dzieła?

08:19, 28 sierpnia 2010 roku

| Gry, Opinie

Bałem się, że druga część Mafii pójdzie w stronę GTA. Nie mam nic przeciwko GTA, ale jakoś lata 20-60 ubiegłego wieku nie pasują mi do klimatu mafijnego.

Na szczęście Mafia została Mafią. Czesi zrobili grę w swoim stylu, bez dużych narzutów z zewnątrz ( inni to mają, to my też musimy mieć ). Nie ma achivementów – można sobie za to odblokować grafikę z gry ( artworki ). Zbiera się też plakaty poszukiwanych ( Wanted ).. oraz Playmates z Playboyów z lat w których toczy się gra ( 1941-1953 ).

Tak, ta gra jest dla pełnoletnich – Playmates są bez cenzury. Język którym posługują się bohaterowie jest brutalny, przerywniki filmowe są brutalne a krew leje się litrami – brutalnie. Przerywniki wydają się prerenderowane, ale wg zapewnień 2k Czech wstawki są renderowane na bieżąco silnikiem gry.

Muzyka – niesamowicie olbrzymi plus za licencjonowanie utworów z tamtych czasów. W radiu można usłyszeć całą masę kawałków od jazzu po rock’n'roll, a nawet wstawki o wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej przez Rosjan ;-) Wiele z naszych działań w grze wspominanych jest w radiu – “we break our regular program for this special announcement!”.

Grafika jest poprawna. Nie ma olbrzymich wodotrysków. Ale ogląda się przyjemnie. No i nie kosi komputera nawet na max detalach, co jest plusem gdy ma się kompa sprzed dwóch lat ( jak ten czas szybko leci ). Nawet przy dużej naparzance, serii wybuchów czy masie ludzików do pozabijania – gra się dobrze (a sprzęt mój ma 4Gb RAMu, CoreQuad 2,67GHz i GTX 260 ). Wygląda na to, że Czesi zrobili sprawny silniczek.

Czuć natomiast, że gra jest konsolowa. Kontrola czułości myszy składa się z ustawienia od “low” do “high” a przeskoki między nimi są zdecydowanie za duże. Ale to już chyba będzie odwieczny ból PCtów.

Nawet na dużym poziomie trudności przeciwnicy dają nam sporo czasu na załatwienie ich – więc gra się łatwo jak się ma duży refleks. AI przeciwników jest dobrze napisane. Potrafią organizować się w grupy i zachodzić z flanki. Ale aktualnie to chyba standard.

Ciekawy jest system liczenia hitpointów. Jest “ssanie kciuka” – czyli jak sobie poczekamy trochę, to hpki się zregenerują. Natomiast nigdy nie jest to maksymalna ich wartość – do maksimum możemy doprowadzić poprzez jedzenie i picie.

W samochodach kończy się paliwo które można uzupełniać na stacjach benzynowych. Możemy też kupować ciuchy – a zmiana wizerunku jest potrzebna, gdy policja zna nasze twarze. To samo tyczy się samochodów – można zmieniać ich kolor, zmieniać tablice rejestracyjne, felgi z oponami i robić tuning. Nasz garaż może pomieścić maksymalnie 10 samochodów. Natomiast poprzez zbyt krótką rozgrywkę nie ma dość wolnego czasu żeby przyzwyczaić się do samochodu i dbać o niego. Tak więc opcji z tablicami użyłem łącznie.. ee.. raz. O wiele częściej zmieniałem ciuchy – których dla odmiany nie ma za dużo do wyboru, a przebierać się trzeba.

Samych samochodów jest sporo – koło 50. Oczywiście mamy carcyclopedie w grze, która z czasem uzupełnia się o nowe pojazdy. Jeździ się nimi ciekawie ( można się przełączyć na tryb symulacji ), chociaż czasem jakby miało się stały poślizg. Pościgi są przyjemne, AI przeciwników jest fajowe – czasem trudno komuś uciec czy go dogonić.  Ten kawałek dopracowany jest bardzo dobrze. Szkoda, że nie wykorzystywany zbyt często.

Broni mamy sporo. Okres II wojny światowej to wykwit nowych elementów uzbrojenia – siłą rzeczy ;-) . Samego Thompsona ( Tommy Guna ) jest kilka rodzajów. I znów brak tu nowych rozwiązań – nasz bohater bez problemu targa ze sobą kilka pistoletów, kilka karabinów, shotguna, koktajle mołotowa, granaty, pistolety maszynowe.. płaszcze w tamtych czasach były bardzo pojemne.

Fabuła. Cóż, jak wspomniałem wcześniej gra jest krótka - można ją przejść w ciągu 10h. Wszystko zdaje się być o wiele za szybkie, a przez to naciągane. Czasem brak jest ostrzeżeń czy pokazania przyczyny danego wydarzenia. Materiał, fabuła, scenariusz – ma się wrażenie, że cała historia została pocięta na kawałeczki i poskładana tak, żeby zmieścić się na jednej płycie.. lub wg jakiś założeń “ile ma trwać gra”.. lub jeszcze innego wyznacznika oderwanego od rzeczywistości. Szkoda, ale to chyba też jest coś do czego trzeba się w grach tego typu przyzwyczaić. Nawet taki hit jak Crisis był do przejścia za jednym posiedzeniem.

Rozgrywkę zaczynamy od samego dołu i pniemy się w górę. Ciekawy jest tutorial – pierwsza rozgrywka – ale to zostawię do odkrycia samemu. Generalnie.. są intrygi, są romanse, są kłopoty i zwroty akcji. Naprawdę, gra mogła by być dłuższa i pociągnąć dłużej chociaż kilka wątków – bo mają niezły potencjał. Oprócz tego gra jest filmem. Z każdej sytuacji jest tylko jedno wyjście, jest jeden wątek fabularny, nie ma decyzji. Brakuje też trybu freeride. Po mieście można sobie pojeździć tylko podczas wypełniania misji lub między nimi.

Jest strasznie dużo zapożyczeń z filmów. Smaczków z Goodfellas. Ojca chrzestnego – właściwie każdej jego części. Np. sprzedaż szwindlowanych papierosów z przyczepy ciężarówki.

Tak właściwie niedługo przed graniem w Mafię II zrobiłem sobie wprowadzenie w nastrój poprzez oglądanie klasyków kina mafijnego oraz zjadłem spaghetti ( tak, trzeba się czasem poświęcić ;-) ). Ale chyba te podchody nie były potrzebne – bo mimo krótkiej rozgrywki i mało skomplikowanej fabuły, gra się dynamicznie i bardzo przyjemnie. A gra zostawia dobre wrażenie – choć krótkie.. ;-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (2) | Permalink

Expendables, The – Niezniszczalni (bez spoilerów)

21:17, 17 sierpnia 2010 roku

| Opinie

Wczoraj poszczęściło mi się i dostałem wejściówki na Expendables, tak tak, właśnie tak :-) Tych samych “Niezniszczalnych” który wchodzą w piątek do kin.

I nie, niżej nie będzie “spoilerów” – nie chce nikomu psuć zabawy.

Odebranie wejściówki nie było łatwe – jako, że dostał ją mój brat (dzięki dzięki dzięki! ;-) ), który to czekał cierpliwie aż ja i mój serdeczny przyjaciel, który był pierwszy na liście osób z którymi bym się na ten film przeszedł, dojedziemy w 10 minut z Mokotowa na Plac Konstytucji, o godzinie 18:30 – czyli w pozostałościach ruchu “z pracy do domu”. Firek zabłysnął świetnymi driving skillz, oraz dwukrotnym wzrostem spalania w moim wozie ( pal grzyb, było warto ;-) ), a odebranie wejściówki wyglądało jak odebranie ‘towaru’ w stylu drug-lord’a. Hamowanie z piskiem wśród dymu z opon przy przystanku, odbiór wejściówki w ułamku sekundy, żółwik respectu za podarowanie owych i pisk opon oraz chmura dymu z palonych opon przy ruszaniu. Szczególnie, że seans był o 19:30, a w momencie odbioru była 19:25. Ale drastyczne sytuacje wymagają drastycznych akcji. Potem zamknięta Emilii Plater, objechanie Centralnego, znalezienie ciasnej miejscówki koło Złotych Tarasów, bieg przez remontowaną Plater do PeKiNu, bieg na drugie piętro Kinoteki, bieg w poszukiwaniu miejsca.. i.. klapnięcie na schodkach, bo już żadnego godnego uwagi miejsca siedzącego nie było – co tam zdrętwiały zadek, liczy się dobry widok na ekran ( i dobry dźwięk.. ale cóż.. ). Udało się nam zdążyć na scenę znaną z trailerów.. a potem było już tylko lepiej..

Tak, “A-Team” było mega. Ale ten film jest epicko przemegakoksańczy. I tak, słowotwórstwo kiełkuje przy takiej dawce testosteronu.

Mogę przysiąc, że kobiety po wyjściu z kina miały na twarzach, wyhodowane podczas seansu, pokaźnych rozmiarów wąsy. Co więcej, były z nich dumne!

A gdyby dźwięk w Kinotece nie przeskakiwał z kanału na kanał ( cóż – “jest za darmo, więc damy im jakąś dupną salę” I think ) to bass wpompowujący testosteron w ludzi sprawiłby, że wszyscy zostalibyśmy rozsadzeni w pył.

Serio.

Na szczęście siedziałem wysoko – gdybym siedział niżej pewnie bym się w owym testosteronie utopił.

Tak, wiem, nudny jestem. Ale trzeba przyznać – ten film jest właśnie taki jak ma być.

Chyba nikt nie spodziewa się skomplikowanych zwrotów akcji, wielkich emocji, poruszenia głębią opowiedzianej historii czy przemyśleniami, wdawania się w głębokie refleksji życie bohaterów czy też olbrzymiej wagi ich życiowych decyzji oraz późniejsze owych konsekwencje? Nie.

Raczej rządzić ma jatka, pościgi, nawalanie się po mordach ( bo nie twarzach ), piękne kobiety, epickie akcje, nadludzkie wyczyny i teksty zwalające na kolana. No, i tak zwane “true american hero style action” czyli  “zabili go i uciekł” w wersji hardcore.

I to wszystko jest na miejscu w dawkach kosmicznych.

Co prawda nie ma “you can’t fly a tank fool!”, ale pyskówki głównych bohaterów są przyjemne dla ucha, śmieszą i widać po tych gościach, że gdy to kręcono, sami mieli z tego wielki ubaw ( a może sami wymyślali je na poczekaniu? ) . Tak jak oglądając kabaret można czasem zobaczyć, że samych kabareciarzy śmieszą ich własne dowcipy i uśmiechają się pod nosem w taki naturalny normalny fajny pozytywny sposób, tak i tu jest to samo, tylko, że w wykonaniu Arniego, Sly’a, Stathama, Jeta Li, Bruce’a Willisa i innych.. A jeżdżą po sobie długo i namiętnie.

Nie ma też pompatyczności z Shooter’a – gdzie amerykańska flaga powiewa gdzie się da, a gdyby mogła to i śnieg w górach padał by w kolorach red-white-and-blue – jest za to luz, blues, wybuchy i hektolitry krwi.

Można więc wyłączyć mózg, włączyć humor, przygotować się na absurd oraz pokaźne dawki śmiechu i uderzać do kin – bo warto.


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (2) | Permalink