Czego mogą nauczyć nas gry komputerowe? cz. I Jak wygląda świat graczy?

16:16, 03 grudnia 2010 roku

| Gry, Notka, Opinie, TED.com

Jestem graczem. Gdy miałem niecałe dwa lata, w 1986 roku, w moim domu pojawił się IBM PC AT na którym, już wtedy, były preinstalowane gry. Pamiętam do tej pory uczucia które wzbudzało we mnie granie. Uczucie rywalizacji przy graniu w PC-POOL czy Spacewar!, chęć bycia coraz lepszym w wyścigach, czy wyzwanie i chęć odkrycia historii przy Space Quest. Potem było już tylko lepiej. Pojawiła się Amiga, Pegasus, gry takie jak Contra, Mario, Settlers, Settlers 2, pierwsze Playstation, Intel Pentium 75MHz, coraz lepsza grafika, ciekawe historie i coraz bardziej złożone mechaniki. Potem granie online: Quake, Half-Life, Counter Strike, Unreal Tournament, Day of Defeat, Battlefield 1942, Ultima Online, MUDy. Gry “singlowe” których wszystkich na pewno nie pamiętam, ale wspomnieć muszę o serii Fallout ( łącznie z ostatnim New Vegas ), Baldur’s Gate, Planescape Torment, serii Vampire, grach FPP od Wolfensteina po Half-Life 2, Bioshock, System Shock.. sporo ich było. Nie wiem ile czasu spędziłem na graniu “w młodości”, ale z pewnością znaczącą ilość czasu. Co ciekawe, w dzisiejszych czasach, w USA, od piątej klasy podstawówki ( coś jak koniec podstawówki u nas ) do ukończenia liceum, uczeń siedzi przed ekranem komputera, grając w gry, średnio 10000 godzin. Przy stu procentowej obecności na zajęciach, czas nauki w szkole w USA we wspomnianym czasie to 10080 godzin. Oznacza to, że uczeń poświęca mniej więcej tyle samo czasu na naukę grania w gry komputerowe co na naukę wszystkiego innego. Jest to przerażające, ale jednocześnie można o tym pomyśleć jako o niesamowitym zasobie osobogodzin do wykorzystania do czegoś dobrego, kreatywnego, budującego. I właśnie o tym będzie ta seria wpisów.

Ja sam nie mam teraz czasu grać. Za gracza uważa się osobę, która średnio gra godzinę dziennie codziennie, ja na pewno nie spędzam tyle czasu przemierzając wirtualne światy. Możliwe, że w pierwszym zdaniu powinienem napisać “byłem graczem”, ale mentalnie dalej się za gracza uważam.

Ale jestem też znudzony. Oprócz braku czasu, coraz rzadziej zdarza mi się napotkać grę która wzbudza we mnie jakieś emocje, czy jest wyzwaniem. W którą tak po prostu chciałbym pograć. Która stymuluje mnie na tyle intensywne żeby przyciągnąć mnie do siebie na długie godziny. Tak jak książka czy film przyciągają nas interesującą fabułą.

Znalazłem trzy prezentacje, trwające łącznie około godziny. Zazębiają się one w wielu kwestiach. Trzy prezentacje z których każda pokazuje, że z graniem się nie wygra ;-) ale też, że można przekuć je na coś dobrego.

Pierwsza z nich jest najstarsza (luty 2006) i pokazuje spojrzenie na przyszłość.. czyli na to co teraz i to co będzie za kilka lat. Jest też trochę smutnym, przerażającym i melancholijnym spojrzeniem wstępem do całego tematu.

W prezentacji zawarte są dwa ciekawe filmy. Jeden pokazuje ewolucje gier od zarania dziejów po rok 2006 (6:29). Drugi to swoisty manifest studenta uzależnionego od gier, zrealizowany w bardzo fajny, profesjonalny sposób (9:30). Dodatkowym smaczkiem niech będzie to, że prelegentem jest David Perry, człowiek odpowiedzialny za Earthworm Jim, MDK, Messiah, czy adaptacje takich filmów jak Alladin, Matrix czy Terminator na coś w co możemy pograć. Dostępne są polskie napisy.

Według mnie najciekawszą częścią tej prelekcji jest film studenta zaczynający się w 9min30s. Padają w nim mocne stwierdzenia, których słuszność potwierdzą prelekcje które pokaże w kolejnych wpisach.

Zresztą, myślę, że sporą ich część mogą potwierdzić wasze własne doświadczenia.

Granie wiąże się z silnymi emocjami. Gry są tak zaprojektowane, po to byśmy chcieli w nie grać. Bo co uzależnia mocniej od emocji właśnie? Każdy gracz czuł wzruszenie, podniecenie, dumę czy strach. Niezliczoną ilość razy przebiegały nam ciarki po plecach. W końcu czujemy, że to nasze działania i decyzje mają wpływ na świat w którym się poruszamy. Czujemy odpowiedzialność za naszych żołnierzy nawet mimo tego, że 95 procent ich działań jest zaprogramowanie. Przez to intensywność naszych emocji jest stosunkowo duża. Czujemy to przy wszystkich tych “whoa” momentach – gdy zbieramy szczękę z ziemi, gdy udało się nam dokonać coś, czego teoretycznie dokonać nie mogliśmy – coś epickiego. Wynik 80:4 k:d w CSa, trwająca minutę i wygrana walka na karabiny snajperskie, pokonanie kolejnego bossa, odkrycie dalszej telenowelowej historii w Metal Gear Solid – wszystko to, chcąc nie chcąc, budzi w nas – graczach – emocje.

Pisałem wcześniej, że jestem znudzony i po tej prelekcji myślę, że wynika to ze zbyt dużych oczekiwań. Oczekiwań które zostały rozbudzone przez granie w przeszłości. Zostałem przyzwyczajony do zupełnie innego poziomu oddziaływania niż jest oferowany dziś. Bo mnie nie rusza specjalnie nowa świetna grafika, tylko fabuła – która teraz ma tendencje do bycia coraz płytszą, albo coraz bardziej zbliżoną do Mody na sukces w kosmosie albo w świecie fantasy. Kręci mnie też interakcja i skomplikowanie, które są często zarzucane na rzecz liniowości i cutscenek. Wystarczy porównać budowę poziomów z Quake 2 z tymi z Crisis.

W grach nasze wysiłki są od razu nagradzane, gra od razu powiadamia nas o naszych postępach. Co poziom dowiadujemy się jak nam poszło, co chwilę odblokowujemy jakiś “achievement” czy zdobywamy trofeum. Cała gra składa się z wielu wielu małych i dużych celów, a dzięki ich zdobywaniu wciąż czujemy, że posuwamy się do przodu.

Jesteśmy przyzwyczajani przez gry do tego, że mamy szybki i bezpośredni wpływ na życie. To co robimy zmienia świat, mamy też natychmiastowy feedback. Nie musimy czekać miesiąca żeby dowiedzieć się, czy nasza akcja się powiodła. W realnym świecie nie mamy takiego poziomu interakcji, a przez to czujemy, że nie mamy wpływu na własne życie.

Przez to niektóre uniwersytety zrezygnowały z wystawiania ocen, a w ich miejsce stworzyły “paski postępu” – zupełnie takie same jak przy zdobywaniu doświadczenia w grach. Dzięki temu każda ocena coraz bardziej posuwa nas do przodu – i widać to dokładnie. Taki pasek pokazuje drogę która pokonaliśmy, łatwiej też jest porównać go do czyjegoś paska i utworzyć ranking, a przez to stworzyć zdrowe współzawodnictwo.

Patrzymy na świat i rozumiemy świat poprzez pryzmat naszych doświadczeń, tego co przeżyliśmy i co widzieliśmy wcześniej. Od mojego pokolenia, a pewnie i w tym trochę wcześniejszym też, dużo z życiowych doświadczeń stworzyły telewizja i gry. Gdy jesteśmy nastolatkami nasz mózg nie do końca kapuje, że to co oglądamy nie jest rzeczywiste, szczególnie gdy stanowi to tak dużą część świadomego życia. Najzupełniej w świecie nie ma porównania do rzeczywistości. To co widzimy w TV czy ekranie staje się naszą rzeczywistością.

Czy po pięciu godzinach grania w Gran Turismo czy Need for Speed nie macie poczucia, że staliście się mistrzami kierownicy?

Albo po graniu w Tony Hawka nie macie ochoty wskoczyć na deskę i “kręcić” tricki, mimo, że wasza jedyna dotychczasowa styczność z deską była krótka i szybko po niej nastąpiła styczność z asfaltem? Ja wiem, że tak mam.

A ile razy ktoś z czytających chciał “zasejwować” życie, tak na wszelki wypadek?

Przez to, że nasze życie i świat nie dają nam takiej interakcji i poczucia, że można coś zmienić w łatwy sposób, problemy takie jak ubóstwo, wojna, choroby czy ludobójstwo tracą swoją powagę, stają się płytkie, nie dotyczące nas. W końcu w grach głównym pomysłem na fabułę jest “od zera do bohatera”. Ile razy ratowaliście już świat? Bo ja z kilkadziesiąt. W życiu, teoretycznie, nie mamy szans stać się takimi bohaterami. A skoro nie mamy jak rozwiązać tych problemów, to nie przejmujemy się nimi.

Spędzamy tonę czasu grając, w grach czujemy się bohaterami, dokonujemy epickich czynów, przeżywamy intensywne emocje, dostajemy szybki feedback – czujemy się panami swojego losu. Z tego wynika ten zły wpływ gier i możliwość uzależnienia się od nich. Z jednej strony jest to przerażające, ale z drugiej – nic tego nie zmieni. Rynek gier komputerowych stale rośnie, gry będą powstawać dalej. Będą coraz bardziej realistyczne i będą nas coraz bardziej wciągać i odcinać od rzeczywistości. Niedawno był boom na HD, teraz zaczyna się boom na 3D. Fizyka w grach jest coraz lepsza. Nie ma przed tym ucieczki.

Jedna z istniejących teorii sukcesu, sformułowana przez Malcolma Gladwella, mówi, że spędzając nad czymś 10000 godzin zanim osiągniemy wiek 21 lat, stajemy się wirtuozami tego czegoś. Oznacza to, że cała masa nastolatków jest wirtuozami grania w gry komputerowe. Ale co to oznacza i jak można przekuć to w coś dobrego?

Na końcu filmu Michaela, studenta z opublikowanej tu prelekcji, padają słowa, że “Może to pranie mózgu [ przez gry komputerowe ] nie jest takie złe. Wyobraźcie sobie gry uczące nas wzajemnego poszanowania, czy pomagające nam zrozumieć problemy otaczającego nas świata. Gry mają potencjał do robienia dobrych rzeczy. ”

I właśnie o takim podejściu do sprawy będzie część druga.


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

BumpTop + Nintendo Wii + trochę elektroniki + drivery + soft == leżenie na kanapie i bawienie się w “Minority Report”

09:54, 06 września 2010 roku

| Ciekawe strony, Projekty, Sprzęt, Technologia, TED.com

Dziś trochę technikaliów. Kto oglądał Minority Report ( Raport Mniejszości ) , ten z pewnością zachwycał się tym jak Tom Cruise przeglądał zdjęcia z “precogów”. Aktualnie nie robi to aż takiego wrażenia, co nie zmienia faktu, że jeżeli oglądało się film w czasie gdy wszedł do kin, to każdy chciał móc przeglądać dane gestami dłoni. Ok, pisząc “każdy” mam na myśli ja, ale mam nadzieję, że nie jestem w tym odosobniony ;-)

Nie uważam się za estetę. Doceniam ładny design. Ale u mnie lista priorytetów nie zaczyna się od “ładny” tylko od “szybki” oraz “użyteczny” – dlatego dalej używam Windowsa z ‘theme’ z Windows 98. Nie będę się teraz zajmował pisaniem czemu Win a nie MacOS lub któryś Linux. Jasne, napędziłbym sobie ruch na blogu, ale jakoś nie kręci mnie robienie flame’ów.

Tak, używam Windowsa do developerki i mam VirtualBox‘a z Linuxem na którym stoi system zbliżony do mojego firmowego produkcyjnego. Linux podmontowany jest Sambą do Windowsa i tak sobie pracuję na Win na którym odpalony jest Eclipse.

Natomiast niedawno nastąpiła u mnie rewolucja. Piszę “rewolucja” dlatego, że mój pulpit przeszedł z 2D do 3D za sprawą BumpTop‘a, którego to instalke od dawien dawna trzymałem na dysku – ewidentnie ściągnąłem i zapomniałem. Dzięki temu mój syf na pulpicie został uporządkowany. Nie mam też plików bezpośrednio na pulpicie – czyli partycji Windowsowej. A rzucałem mięsem długo gdy padł mi dysk i zawartość pulpitu padła razem z nim.

Jako, że robię wiele rzeczy na raz, odpalam sporo programów i sporo plików mi do tego potrzeba. Lubię móc przeciągnąć plik na program i go w nim otworzyć. Wiec przydaje się mieć wszystko na pulpicie.

BumpTop potrafi układać pliki w sterty, robić z nich katalogi, można mieć kilka pulpitów, rzucać plikami o ścianę jeżeli się ich nie potrzebuje, łatwo wyszukiwać wszystkiego czego się szuka, i całą masę innych rzeczy które mi się rzeczywiście przydają.

Tak czy siak.

Pilot do Wii łączy się z konsolą po Sinozębym. Wystarczy jakiś dong lub obsługi Sinozębego w kompie lub lapie, aby móc skomunikować pilota od Wii z owym. Sterowników, różnie zaawansowanych, do pada Wiijowego w necie jest sporo. Implementują różne jego możliwości. Ale mnie najbardziej interesuje to, żeby móc wykorzystać jego kamerkę łapiącą podczerwień. Postanowiłem użyć tego prezentowanego na.. TED.com.

Normalnie Wii łapie podczerwień z kilku diod z tzw. sensor bara, którego stawia się pod telewizorem. Trzymając pilota w ręce łapie on podczerwień i dzięki temu konsola kalkuluje gdzie jest kursor. Ale takie machanie pilotem nie jest wystarczająco dokładnie ani wygodne, żeby zastąpić myszkę.

Można natomiast stworzyć “IR array” – czyli zestaw wielu diod podczerwonych z dziurą na pilota pośrodku. Wtedy pilot może łapać światło odbite od.. naszych dłoni. Oczywiście po założeniu na nich rękawiczek z odpowiednimi lusterkami.

Gdy ma się IR array, pilota do Wii, blutootha i takie rękawiczki wystarczy jeszcze soft i gotowe jest kompletne rozwiązanie pozwalające na sterowanie komputera gestami dłoni.

Problemy jakie muszę rozwiązać to to, że punków może być wiele i nie da się rozróżnić który z nich jest który. Można przyjąć, że kursor podąża za punktem, ale trzeba jeszcze zdefiniować jaki gest oznacza kliknięcie, jaki podwójne kliknięcie a jaki “prawy klawisz myszy”.

Druga rzecz to klawiatura – pisanie na standardowej klawiaturze ekranowej raczej będzie niewykonalne. Muszę więc wykombinować czym i jak zastąpić klawiaturę.

Nie zmienia to w żaden sposób faktu, że, dla czystej przyjemności, gdzieś w ciągu miesiąca, sobie to wszystko skompletuje i wytestuje.

BumpTop


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink

Jak odnieść sukces? TED.com

08:27, 29 sierpnia 2010 roku

| Ciekawe strony, Opinie, TED.com

Kto nie zna TED.com – niech pozna. To niesamowita kopalnia wiedzy i miejsce w którym skupia się wielu współczesnych geniuszy z każdej właściwie dziedziny. A nawet dziedzin które nie mają jeszcze nazwy ;-)

Niedawno nadrobiłem trochę oglądanie TEDowskich prelekcji i stwierdziłem, że kilkoma podzielę się z bliższym mi internetem ;-)

Na pierwszy ogień idzie “Co prowadzi do sukcesu?” – czyli krótka ( trzy i pół minuty ) prezentacja stworzona przez Richarda St. Johna, średniaka – jak sam o sobie mówi, którego zastanowiło czemu akurat on odniósł sukces w swoim życiu. Poszukiwanie odpowiedzi trwało ponad 7 lat, podczas których rozmawiał z pięciuset ludźmi – od celebrytów, przez specjalistów, po ludzi który po prostu odnosili sukcesy, choć mało kto o nich słyszał.

Zaowocowało to książką Spike’s Guide to Success: Stupid, Ugly, Unlucky and RICH oraz godzinami prelekcji prowadzonych w różnych miejscach na całym świecie.

Osiem sekretów do odniesienia sukcesu, wg Richarda, to: pasja – robienie czegoś co się uwielbia, kocha. Pieniądze pojawiają się przy okazji. Jeżeli mamy robić coś całe życie i odnieść w tym sukces – trzeba to lubić. Ciężka praca, bo nic nie przychodzi łatwo. Kunszt – bycie naprawdę dobrym w swojej dziedzinie, wyspecjalizowanie się. Czyli zdobywanie wiedzy i doświadczenia przez praktykę. Skupienie – nie rozdrabnianie się na wielu polach czy wielu projektach – wybranie jednego i inwestowanie w niego całej siły. Mobilizacja i motywacja – trzeba potrafić przezwyciężyć nieśmiałość i samo-zwątpienie, być odważnym i wierzyć w siebie i swoje pomysły. Służba – robienie czegoś dla innych. Dostarczanie im wartości ( wszystko jedno czy namacalnych czy nie) – bo tylko dzięki nim można nabrać środków i siły by iść dalej. Pomysł – trzeba mieć dobry pomysł na to co chce się zrobić (nie takie proste? patrz dalej). Upór, wytrwałość – trzeba móc przetrwać porażki oraz CRAP ( z ang. “bzdury” ) – czyli Criticism, Rejection, Assholes, Pressure – krytykę ( nowatorskie pomysły często są odrzucane jako “to nie może się udać” ), odrzucenie, dupków i stres.

Sposób na pomysły – aby być kreatywnym wystarczy: słuchać, obserwować, być ciekawym (świata i ludzi), pytać, rozwiązywać problemy i budować kontakty.

I pod tym ostatnim stwierdzeniem mogę się podpisać.

Czy ta lista jest kompletna? Póki co nie czuję potrzeby uzupełnienia jej o coś jeszcze.

Można jeszcze zapytać co znaczy “odnieść sukces” dla danej osoby, ale myślę, że jeżeli ktoś kocha to co robi, jego praca służy innym – wzbogaca ich życie o nowe przydatne przedmioty czy rozwiązania. Gdy to co robi motywuje go do dalszej pracy i gdy może realizować nowe pomysły to jest osobą odnoszącą sukces.

Miłego TEDowania, i nie oglądajcie wszystkiego za jednym razem ;-)


Napisane przez Zenobius | Komentarzy (0) | Permalink